– Jolka…
– Nie dzisiaj. Masz czas do niedzieli. Weź co chcesz z garderoby i z garażu. Meble zostają. Dokumenty podzielimy potem.
Mówił coś – że to chwilowe, że to głupota, że mnie kocha, że Agnieszka to błąd. Standardowy zestaw, pewnie ten sam od pokoleń, powtarzany przez mężczyzn w kuchniach na całym świecie. Nie słuchałam. Myłam ten garnek, który mu wypadł – myłam go starannie, dokładnie, jakby od czystości tego garnka zależało moje życie.
Wiesław wyjechał w sobotę, dzień przed terminem. Zabrał dwie walizki, skrzynkę z narzędziami i obraz z przedpokoju – taki pejzaż z Kazimierza, który kupiliśmy na wycieczce piętnaście lat temu. Nie zaprotestowałam. Niech ma ten pejzaż. Niech mu przypomina, skąd odszedł.
Maciek zadzwonił w niedzielę.
– Mamo, tata mówi, że się wyprowadził. Że to wasza wspólna decyzja.
– Nie – powiedziałam. – To moja decyzja. I nie była wspólna.
Cisza w telefonie. Maciek jest mądry – nie zadał więcej pytań. Powiedział tylko, że przyjedzie na obiad. Zrobiłam rosół, bo rosół w naszej rodzinie leczy wszystko – rozstania, przeziębienia, sesje egzaminacyjne i złamane serca.
Basia Krawczyk spotkała mnie tydzień później przy sklepie.
– Jolka, widzę, że samochód Wiesława nie stoi na parkingu od kilku dni…
– Bo się wyprowadził, Basiu. Ale wiesz co? Dziękuję ci. Za Biedronkę. Za to, że mi powiedziałaś.
Basia wyglądała, jakby tego nie oczekiwała. Pewnie liczyła na dramat, na łzy, na szczegóły. A ja stałam spokojna, z siatką w ręku, i naprawdę byłam wdzięczna. Wolę wiedzieć. Wolę brudną prawdę niż czysty kłamstwo.
Wieczorami siadam w fotelu Wiesława – bo teraz to mój fotel – i piję herbatę z cytryną. Cisza w mieszkaniu jest inna niż wcześniej. Kiedyś była pełna – pełna jego kroków, kaszlenia, odgłosów telewizora. Teraz jest pusta, ale to dziwne – w tej pustce jest mi lżej. Jakbym zdjęła buty, które przez dwadzieścia lat były za ciasne, a ja udawałam, że pasują.
Nie wiem, co dalej. Nie wiem, czy przebaczyłabym, gdyby wrócił. Wiem tylko, że tamtego dnia w Biedronce, kiedy Basia wyszeptała mi prawdę między regałem z pieczywem a lodówką z nabiałem, coś się we mnie przesunęło. Nie złamało – przesunęło. Jak mebel, który stoi latami w jednym miejscu, a kiedy go odsuniesz, widzisz pod spodem kurz i zapomniany kolczyk.
Mam pięćdziesiąt lat, osiemnaście lat stażu w księgowości, dorosłego syna i mieszkanie na trzecim piętrze bloku na Czubach. Bilans się nie zgadza – ale po raz pierwszy od dawna cyfry są moje.