— A Marek?
— Marek jest jej ojcem.
W tej chwili w korytarzu trzasnęły drzwi wejściowe. Marek wrócił ze sklepu. W ręku trzymał torbę z chlebem. Zobaczył otwarty pokój, mnie, Annę, Maję.
Torba opadła na podłogę.
— Mamo…
Powiedział to tak cicho, że zrobiło mi się wstyd, zanim jeszcze powiedział coś więcej.
— Już ją widziałam — odparłam.
Marek nie wszedł od razu. Stał w progu i patrzył na Maję. Jakby sprawdzał, czy się nie przestraszyła.
— Maju, to ja — powiedział.
Nie odpowiedziała. Ale przesunęła klocek trochę w jego stronę.
Marek kucnął. Nie za blisko. Bardzo ostrożnie. Dotknął klocka jednym palcem.
Patrzyłam na syna i go nie poznawałam. Nie złościł się, nie rozkazywał, nie tłumaczył się. Po prostu siedział przy tej dziewczynce tak, jakby jednym niepotrzebnym ruchem mógł ją zranić.
— Mówiłeś, że Anna nie ma dzieci — powiedziałam.
— Skłamałem.
— Przeze mnie?
— Przez ciebie.
Bez krzyku. Bez wyrzutu. I przez to bolało bardziej.
Anna nagle ostro wypuściła powietrze.
— Myśli pani, że mi było łatwo nosić jej jedzenie po kryjomu w pani domu? Jak złodziejka? Nasłuchiwać każdego pani kroku na korytarzu? Tłumaczyć własnemu dziecku, że babcia jeszcze nie jest gotowa?
Od razu zasłoniła usta dłonią, bo Maja drgnęła.
— Przepraszam — powiedziała już ciszej. — Nie panią. Ją.
Marek podniósł na mnie oczy.
— Mamo, przez 5 lat nie przyprowadziłem do ciebie własnego dziecka. Ty w ogóle rozumiesz, co to znaczy?
Chciałam powiedzieć: „Przecież ja nie wiedziałam”. Ale nie mogłam.
Bo nie znałam tylko jej imienia. Swoją okrutność znałam bardzo dobrze.
— Przed ślubem — powiedział Marek — złożyłem dokumenty o adopcję. Maja prawnie jest moją córką. Od 5 lat. Wtedy przyszedłem do ciebie, żeby ci o tym powiedzieć. A ty powiedziałaś, że takie dziecko to krzyż.
Usiadłam na brzegu krzesła. Nie dlatego, że chciałam. Po prostu nogi zrobiły mi się miękkie.
— Ona jest moją wnuczką? — zapytałam.
— Tak — powiedział Marek. — Od dawna.
W pokoju zrobiło się tak cicho, że było słychać, jak Zosia pociągnęła nosem.
Spojrzałam na nią.
— To dlatego odrabiałaś lekcje w łazience?
Zosia kiwnęła głową.
— Maję bolą ostre dźwięki. Ołówek po stole też słychać. Ona czasem zaczyna uderzać się po głowie. W łazience drzwi są grube. Tam prawie nie słychać.
Zobaczyłam przed oczami jej zeszyt na kolanach. Krótki ołówek. Plecak między nogami.
Dziecko w wieku 12 lat nauczyło się chować, żeby drugiemu dziecku nie było źle.
A ja przeżyłam 69 lat i nie nauczyłam się na czas zamknąć ust.
— Mogę do niej podejść? — zapytałam.
Anna nie odpowiedziała od razu. Spojrzała na Maję.
— Proszę mówić cicho. I nie dotykać bez pozwolenia.
Kiwnęłam głową.
Podeszłam, ale nie za blisko. Usiadłam na podłodze z boku, bo nie wiedziałam, jak należy.
— Maju — powiedziałam. — Kiedyś powiedziałam coś głupiego. Nie prosto do ciebie, ale o tobie. Przez to chowali cię przede mną. Przepraszam.
Maja milczała.
Potem wzięła zeszyt, który leżał obok materaca. Otworzyła go i przesunęła w moją stronę.
Był tam narysowany dom. Obok domu stały cztery osoby razem. A jedna kobieta była daleko, prawie na brzegu kartki.
— To ty — szepnęła Zosia. — Maja tak cię rysowała. Osobno.
Trzymałam ten zeszyt i nie mogłam podnieść oczu.
Marek nie powiedział: „Widzisz?”
Anna nie powiedziała: „No to ma pani odpowiedź”.
I przez to było jeszcze ciężej.
Tego wieczoru wyjęłam z szafki jeszcze jeden talerz.
Marek zauważył.
— Mamo, nie rób przedstawienia.
— Nie robię.
Postawiłam piąty talerz obok talerza Zosi. Potem sama się przestraszyłam, że może robię coś źle.
Anna powiedziała cicho:
— Dzisiaj ona nie wyjdzie. To dla niej za dużo.
— Niech stoi — odpowiedziałam. — Ja muszę go widzieć.