Talerz stał pusty cały wieczór. Kilka razy chciałam go zabrać, żeby nie kłu chciałam go zabrać, żeby nie kłuł mnie w oczy. Nie zabrałam.
W nocy Zosia znowu poszła do łazienki z podręcznikiem. Usłyszałam drzwi i wyszłam.
— Nie trzeba — powiedziałam.
Zatrzymała się.
— A Maja?
— Usiądę przy drzwiach. Jeśli będzie jej trudno, powiem. A ty idź do kuchni. Położymy ręcznik na stole, żeby ołówek nie stukał.
Zosia patrzyła na mnie długo. Wiedziała już, że dorosłym nie zawsze można wierzyć od razu.
— Naprawdę?
— Naprawdę.
Usiadłam na taborecie przy drzwiach pokoju Mai. Za drzwiami było to samo ciche oddychanie, które kiedyś urwało się, gdy szepnęłam: „Jest tam ktoś?”.
W kuchni ledwo szurał ołówek.
Maja za drzwiami poruszyła się.
Powiedziałam cicho:
— To Zosia odrabia lekcje. Stara się cichutko.
Nie wiem, czy Maja zrozumiała słowa. Ale po kilku minutach jej oddech znowu zrobił się spokojny.
Tego wieczoru wszyscy chodziliśmy na palcach i baliśmy się pomylić. Tylko każde z nas inaczej.
Następne dni nie były ładne jak w filmie.
Myliłam się.
Któregoś ranka trzasnęłam pokrywką od czajnika. Z przyzwyczajenia. Maja krzyknęła z pokoju. Anna pobiegła do niej. Marek wyłączył gaz.
Stałam z tym czajnikiem w rękach i powiedziałam coś głupiego:
— Ona zawsze tak?
Marek gwałtownie się odwrócił.
— Mamo.
Wystarczył sam jego ton.
— Przepraszam — powiedziałam. — Źle zapytałam.
Anna wyszła z pokoju po kilku minutach. Miała bladą twarz.
— Nie „tak” — powiedziała cicho. — Ona się boi. Ten dźwięk ją boli. To nie jest kaprys.
— Rozumiem.
— Nie — odpowiedziała. — Pani dopiero zaczyna.
I miała rację.
Musiałam uczyć się prostych rzeczy: odstawiać kubek cicho, nie wyciągać ręki do Mai, nie zmuszać jej, żeby patrzyła mi w oczy, nie pytać o nią przy niej tak, jakby nie było jej w pokoju.
Było mi wstyd. W wieku 69 lat uczyć się, jak nie straszyć dziecka.
Po kilku dniach sama poprosiłam Marka, żeby zdjął zamek z drzwi.
Długo na mnie patrzył.
— Ona potrzebuje miejsca, gdzie może się zamknąć.
— Nie mam nic przeciwko zasuwce od środka — powiedziałam. — Ale nie zamkowi przede mną.
Marek wziął śrubokręt. Zdjął zamek. Anna poprosiła, żeby zostawić prostą zasuwkę, żeby Maja mogła sama zamknąć drzwi, kiedy będzie jej ciężko.
Gdy zasuwka była już na miejscu, patrzyłam na nią i myślałam: wcześniej te drzwi zamykano przede mną. Teraz Maja sama będzie mogła je zamknąć, jeśli zechce. To nie było to samo.
Sąsiedzi szybko zauważyli.
U nas pani Krystyna zza płotu widzi nawet to, co komu gotuje się w garnku.
Któregoś dnia zapytała:
— A co to za dziewczyna u pani? Widziałam ją przy jabłonce.
Maja stała wtedy na podwórku w słuchawkach i dotykała kory drzewa. Zosia była obok.
Marek stał przy mnie. Poczułam, jak się napiął.
Dawna ja powiedziałabym: „Krewna”. Albo: „Nie pani sprawa”.
Powiedziałam:
— To moja wnuczka Maja.
Pani Krystyna zamrugała.
— Nie wiedziałam, że ma pani jeszcze jedną.
— Ja też długo udawałam, że nie wiem — odpowiedziałam. — Teraz wiem.
Marek nic nie powiedział. Ale potem w kuchni umył swój kubek i nie zostawił go, jak zwykle, w zlewie. Śmieszna drobnostka. A ja zrozumiałam, że trochę odetchnął. Nie całkiem. Ale już nie chodził po domu tak, jakby czekał na cios z mojej strony.
Potem poprosiłam Annę, żeby zabrała mnie ze sobą do lekarki.
— Bez wtrącania się — powiedziała.
— Nie będę.