Zastała go w bibliotece, bez marynarki, z podwiniętymi rękawami, pochylonego nad umowami w zielonym świetle starej lampy. W pokoju unosił się zapach papieru, woskowanego drewna i deszczu, który zaczynał padać na zewnątrz.
Podniósł wzrok, gdy tylko weszła. Jego twarz natychmiast się skrzywiła, gdy zobaczył jej twarz.
„Co się stało?”
Położyła zdjęcie na biurku między nimi.
Po raz pierwszy odkąd go poznała, Mathieu de Valmont wydawał się zaskoczony.
Nie przestraszony.
Nie zawstydzony.
Zaskoczony.
„Ile to już minęło?” zapytała cicho.
Jego wzrok powędrował na zdjęcie, a potem z powrotem na nią. Cisza przeciągnęła się na tyle, że stała się wyznaniem.
„Siedem lat” – powiedział w końcu.
Serce mu waliło.
„Siedem lat?”
„Po raz pierwszy zobaczyłem cię na zbiórce funduszy na uniwersytecie”. „Postawiłaś profesora do pionu po tym, jak publicznie wyśmiał stypendystkę z powodu jej akcentu”.
Wspomnienie wróciło.
Protekcjonalny profesor. Jej własny gniew. Zimna satysfakcja z zmuszenia go do przeprosin przed wszystkimi.
Prawie zapomniała o tej scenie.
„Pamiętasz to?”
„Pamiętam wszystko”.
Pomieszczenie nagle wydało jej się za małe.
„A kiedy Julien zaczął się do mnie zalecać?”
Jej usta stwardniały.
„Mówiłam mu, żeby tego nie robił.”