Żadnych scen.
Żadnych krzyków.
Mathieu powiedział po prostu:
„Życie dawało ci wszelkie możliwości, żebyś stał się mężczyzną, zanim tego zażądasz. Odejdź”.
Julien odpowiedział gorzko:
„Zawsze chciałeś tego, co moje”.
Mathieu nawet nie drgnął.
„Nie. Chciałem tego, czego nie doceniłeś z powodu swojej nieostrożności”.
Później tego wieczoru Sophie spotkała Mathieu na zachodnim tarasie, z widokiem na zacienione ogrody i smagane wiatrem cedry.
Długo milczeli.
Potem zapytała:
„Nienawidzisz go?”
Mathieu oparł się o balustradę i wpatrywał się w odległe światła doliny.
„Nienawidzę tego, kim się stawałem za każdym razem, gdy musiałem coś dla niego naprawiać”.
To nie była do końca odpowiedź, ale była bardziej szczera niż słowo „nienawidzę”.
„A ja?” zapytała, zanim zdążyła się powstrzymać.
Powoli odwrócił głowę w jej stronę.
„Nie. Byłaś jedyną rzeczą w całej tej katastrofie, której nie mogłam pozwolić mu zniszczyć”.
Czułość tego zdania była niemal nie do zniesienia właśnie dlatego, że wypowiedział je swoim zwykłym głosem, jakby czułość była czymś zbyt świętym, by ją praktykować.
Bez namysłu Sophie zrobiła krok w jego stronę.
Zamarł w bezruchu.