„Mathieu” – powiedziała, a samo wspomnienie jego imienia zmieniło atmosferę między nimi.
Czekał.
Delikatnie położyła mu dłoń na piersi.
Zaparło mu dech w piersiach.
Nie w teatralny sposób. Nie jak w powieściach, gdzie mężczyźni uginają się pod ciężarem losu. To tylko ta drobna ludzka słabość, którą tak rzadko okazywał.
„Wciąż jestem zła” – przyznała.
„Masz do tego pełne prawo”.
„Jeszcze nie wiem, czy mogę ci całkowicie zaufać”.
„Zgadza się”.
„Ale nie czuję się bezpiecznie, gdy cię nie ma”. „Otóż to było.
Prawdziwa prawda.
Ta, wokół której krążyła od tygodni.
Coś wtedy otworzyło się na jej twarzy. Nie utrata kontroli. Coś starszego, głębszego, może ulga, może zdyscyplinowany głód przemieniony w nadzieję.
Położył dłoń na jej dłoni.
„Nigdy nie będziesz musiała się do mnie spieszyć” – powiedział. „Już czekałem dłużej, niż było to rozsądne”.
Tak to się zaczęło.
Nie fajerwerkami.
Nie pocałunkiem w deszczu.
Od wciąż skrywanej prawdy, która mimo wszystko zgodziła się zostać w pokoju.
Od tamtej pory miłość rosła, jak to często bywa z rzeczami trwałymi: po cichu, a potem nagle wszędzie.
Mathieu zaczął jeść z nią śniadania, kiedy był w posiadłości”. Sophie zaczęła dołączać do niego w bibliotece, gdy pracował, najpierw czytając w ciszy, potem omawiając kontrakty, historię rodziny i strategie biznesowe, aż zdał sobie sprawę, że rozumie negocjacje lepiej niż połowa mężczyzn w jego zarządzie.
„Byłabyś siłą, z którą trzeba by się liczyć w prawie korporacyjnym” – powiedział jej pewnego popołudnia, obserwując, jak w niecałe dwie minuty obalała klauzulę o charakterze drapieżnym.
„Wciąż mogę się nauczyć, jak terroryzować świat”.