
Rok po śmierci męża sprzedawałam jego samochód. Kupujący sprawdzał koło zapasowe i wyjął spod podłogi bagażnika reklamówkę – telefon, ładowarka i paragony z hotelu w Mrągowie. Ostatni paragon był z tygodnia przed jego śmiercią.
Mężczyzna w skórzanej kurtce kucnął przy bagażniku opla i podniósł matę. Szukał koła zapasowego, a ja stałam obok z kluczykami w ręce i czekałam, aż skończy sprawdzać. Wtedy wyciągnął szarą reklamówkę zawiązaną na supeł i podał mi ją z takim lekkim uśmiechem, jakby znalazł zgubiony portfel.
– Pani mąż chyba zapomniał – powiedział.
Wzięłam tę reklamówkę i od razu poczułam, że w środku jest coś ciężkiego. Ale nie otworzyłam przy nim. Wsunęłam ją do kieszeni kurtki, wystawiłam rachunek, oddałam kluczyki i patrzyłam, jak odprowadza opla z mojego podwórka. Dopiero gdy zamknęłam za sobą drzwi, rozwiązałam supeł.
Telefon. Stary Samsung z popękanym ekranem. Ładowarka. I cztery paragony z hotelu Marena w Mrągowie, złożone na pół, wciśnięte na dno.
Tadeusz nie żył od trzynastu miesięcy. Odszedł nagle, w środku nocy, na udar. Zanim przyjechało pogotowie, był już zimny. Miałam wtedy pięćdziesiąt siedem lat i trzydzieści dwa lata małżeństwa za sobą.
Pracowałam w szkółce roślin pod Olsztynem, Tadeusz był mechanikiem w warsztacie na obrzeżach miasta. Mieliśmy córkę Justynę, która wyjechała do Gdańska zaraz po studiach, i syna Michała, który mieszkał trzy ulice dalej z żoną i dwójką dzieci.
Po śmierci Tadeusza robiłam to, co robią wszystkie wdowy. Załatwiałam papiery, chodziłam na cmentarz, gotowałam obiady, których nikt nie jadł. Sąsiadki przynosiły ciasta. Michał naprawiał mi kran. Justyna dzwoniła w niedziele.