Córka zadzwoniła w niedzielę i powiedziała, że muszę im pożyczyć na remont, bo nie mają z czego żyć. W poniedziałek spotkałam jej sąsiadkę w Biedronce. Zapytała, czy córka jest zadowolona z nowego SUV-a, bo widziała, jak odbierała go spod salonu w piątek.

Stałam przy regale z mąką i cukrem, kiedy usłyszałam swoje imię. Odwróciłam się i zobaczyłam Halinę – sąsiadkę Moniki z klatki obok. Uśmiechała się szeroko, jakby miała mi do przekazania radosną wiadomość. I rzeczywiście miała. Tyle że ta wiadomość zmieniła wszystko.

– Pani Danuto, ale się Monika cieszy pewnie z tego nowego auta! – powiedziała Halina, układając jogurty w koszyku. – Widziałam w piątek, jak z mężem odbierali spod salonu. Taki duży, srebrny, piękny. Chyba ten Tucson, nie?

Przez chwilę myślałam, że się przesłyszałam. Albo że Halina pomyliła osoby. Ale Halina znała Monikę od lat, chodziły razem na osiedlowy parking, kłóciły się o te same miejsca. Nie pomyliłaby jej z nikim.

Powiedziałam coś – chyba “tak, tak, cieszy się” – i odeszłam do kasy z koszykiem, w którym leżały rzeczy, których nie pamiętałam, po co brałam. W głowie miałam jedno: niedzielny telefon.

Dzień wcześniej. Monika zadzwoniła koło południa, kiedy kroiłam cebulę do obiadu. Głos miała taki, jaki zawsze miewa, kiedy czegoś potrzebuje – trochę cichszy niż zwykle, trochę bardziej dziecięcy. Znam ten głos od trzydziestu dwóch lat.

– Mamo, muszę z tobą porozmawiać. Wiem, że to nie jest łatwe, ale naprawdę nie mamy wyjścia.

Serce mi zabiło szybciej, bo Monika nigdy nie dzwoni w niedzielę bez powodu. Odłożyłam nóż, wytarłam ręce w ścierkę i usiadłam na stołku przy oknie. Z bloku naprzeciwko dochodził zapach grilla – ktoś korzystał z pierwszego ciepłego weekendu.

– Co się stało?

– W łazience nam grzyb poszedł. Pod wanną i za pralką. Rafał próbował sam, ale to trzeba skuć do cegły i od nowa. Hydraulik wycenił, glazurnik wycenił, razem wychodzi… Mamo, nie mamy z czego żyć, a co dopiero remontować.

Trzydzieści dwa lata temu urodziłam Monikę w szpitalu na Tochtermana, bo radomski oddział miał awarię ogrzewania. Byłam wtedy młodą krawcową, szyłam sukienki na zamówienie, a Władek jeździł tirami po całej Europie. Wychowałam ją praktycznie sama – Władek bywał w domu raz na dwa, trzy tygodnie.

Monika była moim światem. Mądrą, grzeczną córką, która skończyła technikum ekonomiczne i dostała pracę w biurze nieruchomości w Warszawie. Wyszła za Rafała, chłopaka z jej roku, teraz pracującego jako przedstawiciel handlowy. Przeprowadzili się do mieszkania na Ursynowie, czterdzieści metrów z balkonem, kredyt na trzydzieści lat.

Zawsze pomagałam. Kiedy brali kredyt – dałam im na wkład własny. Kiedy urodził się Kubuś – przez trzy miesiące jeździłam do Warszawy co tydzień, żeby Monika mogła spać. Kiedy Rafał stracił pracę na pół roku – pożyczyłam im, żeby nie mieli zaległości w racie. Nigdy nie dostałam tych pieniędzy z powrotem i nigdy o nie nie pytałam, bo to moja córka.