Elena stała przy drzwiach tarasowych, wpatrując się w swoją torebkę. Ricardo zostawił ją tam, jakby była zwykłą walizką, a nie własnością kobiety, z którą mieszkał od prawie trzech lat.
„Przystanek autobusowy jest na końcu ulicy” – powtórzył, jakby to miało zakończyć rozmowę.
Elena spojrzała na niego. Innym razem próbowałaby załagodzić sytuację. Powiedziałaby, że nie chciała go urazić. Że może mięso nie było takie złe. Że to był tylko komentarz.
Ale tym razem nie mogła.
„Naprawdę mnie wyrzucasz, bo powiedziałem, że mięso jest kwaśne?”
Ricardo parsknął suchym śmiechem.
„Nie chodzi o mięso. Chodzi o to, jaka jesteś. Nigdy nie potrafisz niczego docenić”.
Elena poczuła, jak coś w niej stygnie.
„Doceniasz? Ricardo, mieszkasz w moim mieszkaniu prawie trzy lata. Masz jedzenie, czyste ubrania, łóżko, dom i kobietę, która na ciebie czeka. Ale kiedy ktoś pyta, kim jesteśmy, mówisz: »Mieszkamy razem, to wszystko«”. Co właściwie mam cenić?
Zacisnął usta.
„Znowu zaczyna się dramat”.
„Nie. Kończę to”.
Ricardo spojrzał na nią zdziwiony.
„Co masz na myśli?”
„Że wracam do domu. Do własnego domu. A kiedy wrócisz do Madrytu, twoje rzeczy znikną”.
„Nie bądź śmieszny”.
„Byłem śmieszny, kiedy przyjmowałem okruszki i nazywałem je związkiem”.
Droga na przystanek autobusowy była długa. Elena szła z torebką przewieszoną przez ramię, z napiętą piersią. Nie płakała. Miała wrażenie, że gdyby płakała, stałaby się kobietą, która przeprasza za to, że istnieje.
W autobusie wyjrzała przez okno. Myślała o wszystkich chwilach, kiedy Ricardo podejmował decyzje za nich oboje. O chwilach, kiedy ją poprawiał w obecności innych. O chwilach, kiedy milczała, żeby nie wydawać się wymagająca.
Kiedy dotarła do mieszkania, otworzyła drzwi i zobaczyła wszędzie jego ślady: kurtkę w przedpokoju, buty obok komody, szczoteczkę do zębów, koszule na krześle.
Elena wyjęła duże torby i zaczęła pakować jego rzeczy.
Tej nocy zadzwonił Ricardo.
„Eleno, nie przesadzaj”.
„Nie przesadzam”.
„Wkurzyłem się. To wszystko. Każdemu się zdarza”.
„Wkurzanie się to jedno. Upokarzanie kogoś nie powinno”.
„Więc teraz myślisz, że cię upokorzyłem?”
„Tak. Tylko zanim nazwałem to „twoim temperamentem”.
Zapadła cisza.
„Otwórz, jak przyjdę. Porozmawiamy”.
„Nie otwieram”.
Kiedy Ricardo przyjechał, jego torby stały przy drzwiach. Kilka razy zadzwonił dzwonkiem. Potem zapukał.
„Eleno, otwórz. Nie możemy tak tego kończyć”.
Stała po drugiej stronie, z ręką na piersi.
„Jeszcze nie skończyliśmy. Dzisiaj po prostu przestałam udawać, że to jeszcze trwa”.
Następnego dnia pojawił się z kwiatami. Elena powitała go na korytarzu.
„Przesadziłem” – powiedział ciszej. „Ale ty też mogłeś być delikatniejszy”.
Uśmiechnęła się smutno.