Emilia rozłączyła się, nie słuchając, jak Marcin powtarza jej imię. Przez kilka sekund stała nieruchomo. Nie czuła ani zwyczajnej urazy, ani strachu — tylko dziwną, przejrzystą pustkę. Tę pustkę, która pojawia się, gdy nie ma już czym dłużej znosić. Wróciła do sypialni. Irena siedziała tak samo, wśród poduszek, lecz w jej oczach przemknął niepokój. — Czemu tak stoisz? Przynieś mi wodę. I zrób nową kolację, bo tego nie będę jadła. — Nie — powiedziała spokojnie Emilia. — Co znaczy „nie”? — Znaczy nie. Nie będę już dla pani gotować, sprzątać ani wysłuchiwać obelg. Irena prychnęła. — A dokąd pójdziesz? Marcin wszystko ci powiedział. Masz obowiązek pomagać rodzinie. — Rodzina nie upokarza. I nie rzuca naczyniami w człowieka, który się nią opiekuje. — Ty niewdzięcznico! Wpuściłam cię do domu, a ty stawiasz mi warunki? — To nie jest pani dom. Mieszkanie należy do Marcina, ale ja nie jestem pani służącą. A tym bardziej pani celem. — I tak nie wybierze ciebie — powiedziała Irena jadowicie. — Jestem jego matką. A ty kim jesteś? Przypadkową kobietą, którą sobie przygarnął. Te słowa kiedyś zmiażdżyłyby Emilię. Teraz jedynie potwierdzały to, co od dawna wiedziała. — Być może — odparła cicho. — Tyle że nie zamierzam już walczyć o mężczyznę, któremu łatwiej nazwać mój ból kaprysem, niż stanąć w mojej obronie. Wyszła do przedpokoju i wyjęła telefon. Ręce jej nie drżały. Najpierw zadzwoniła do ośrodka pomocy społecznej i wyjaśniła: starsza kobieta ze złamaną nogą zostaje bez bliskiego, potrzebuje tymczasowej opieki. Potem zadzwoniła do sąsiadki Ireny, dobrej starszej pani Klary, która nieraz słyszała krzyki zza ściany. — Klaro, przepraszam, że przeszkadzam. Wychodzę.
Irena potrzebuje pomocy, zanim przyjedzie pracownik socjalny. Zostawię przy niej wodę, leki i telefon. Proszę czasem zajrzeć, czy wszystko w porządku. — Nareszcie, dziecko — westchnęła Klara. — Od dawna chciałam ci powiedzieć: nie masz obowiązku tego znosić. Zaraz przyjdę. Emilia spakowała leki do torby, położyła obok instrukcję, butelkę wody, naładowany telefon i kartkę z numerami do ośrodka, Klary i Marcina. Potem wszystko sfotografowała, żeby nikt nie mógł zarzucić jej, że zostawiła bezradną osobę bez niezbędnych rzeczy. Kiedy znów weszła do sypialni, Irena już nie krzyczała. Patrzyła czujnie. — Co ty kombinujesz? — Wezwałam pomoc. Klara przyjdzie za kilka minut, a pracownik socjalny zorganizuje opiekę. Marcin też wie. — Nie waż się wychodzić! — Już wychodzę. — Powiem mu, że mnie zostawiłaś! Że się nade mną znęcałaś! Emilia uniosła telefon. — Proszę mówić. Mam nagrania. Dzisiejsze również. Twarz Ireny drgnęła. Po raz pierwszy nie znalazła słów, którymi mogłaby ją zranić. — Wszystko specjalnie nagrywałaś… ty żmijo — syknęła. — Nie. Po prostu zmęczyło mnie udowadnianie oczywistości. Rozległ się dzwonek do drzwi. Na progu stała Klara, a za nią pracownica ośrodka pomocy społecznej, którą udało się skierować szybciej ze względu na uraz i brak bliskich. Emilia krótko wyjaśniła, gdzie leżą dokumenty i leki. Irena próbowała się oburzać, skarżyła się na „okrutną synową”, ale jej głos nie brzmiał już władczo. Klara spokojnie powiedziała: — Mieszkam za ścianą i doskonale wiem, kto tu kogo dręczył. Emilia nie czekała na dalszy ciąg.