Po rozwodzie, mając pięćdziesiąt osiem lat, poszłam do pracy jako opiekunka osób starszych. W zeszłym tygodniu agencja dała mi nowy adres. Drzwi otworzył mój były mąż – teraz to on potrzebuje opieki.
– Drugie piętro, mieszkanie cztery – powtórzyła pani z agencji przez telefon. – Pan Andrzej, sześćdziesiąt dwa lata, po udarze, potrzebuje pomocy przy codziennych czynnościach. Córka opłaca, ale sama mieszka w Gdańsku.
Zapisałam adres na kartce i dopiero po chwili zorientowałam się, że ręka mi drży. Andrzej. Sześćdziesiąt dwa lata. Córka w Gdańsku. Nasza córka w Gdańsku.
Zadzwoniłam do agencji z powrotem.
– Przepraszam, czy mogłaby pani powtórzyć nazwisko podopiecznego?
Powtórzyła. I było dokładnie takie, jakie nosiłam przez dwadzieścia sześć lat, zanim sąd w Krakowie orzekł nasz rozwód.
Powinnam była odmówić. Powinnam powiedzieć, że mam konflikt interesów, że to nieodpowiednie, że niech przyślą kogoś innego. Ale nie powiedziałam nic z tych rzeczy. Powiedziałam tylko – dobrze, będę w poniedziałek o ósmej.
Sama nie wiem, co mną kierowało. Ciekawość. Złość, której nie do końca się pozbyłam. A może coś jeszcze głupszego – potrzeba, żeby zobaczyć na własne oczy, co z niego zostało.
Rozwiedliśmy się trzy lata temu, ale tak naprawdę nasze małżeństwo skończyło się dużo wcześniej. Andrzej był mechanikiem w warsztacie samochodowym na Podgórzu, ja prowadziłam dom i dorabiałam na pół etatu w bibliotece osiedlowej.
Przez lata żyliśmy jak współlokatorzy – uprzejmi, sprawni organizacyjnie, kompletnie sobie obcy. On wracał z pracy, ja stawiałam obiad. Siadaliśmy przed telewizorem. Szliśmy spać. I tak przez piętnaście lat, zanim któreś z nas zebrało się na odwagę.
To ja złożyłam pozew. Nie dlatego, że mnie zdradził, nie dlatego, że pił czy podnosił rękę. Andrzej nigdy nie zrobił żadnej z tych rzeczy. Po prostu pewnego ranka obudziłam się i uświadomiłam sobie, że nie pamiętam, kiedy ostatnio powiedział do mnie coś, co nie dotyczyło rachunków albo zakupów. Trzydzieści lat razem i ani jednego zdania, które by cokolwiek znaczyło.
Po rozwodzie zostałam z połową wspólnego mieszkania zamienioną na kawalerkę na Krowodrzy i z emeryturą z biblioteki, która nie starczała na nic. Sąsiadka powiedziała mi o agencji opiekuńczej.
Przeszłam kurs, dostałam certyfikat i zaczęłam chodzić do obcych ludzi – myć ich, karmić, podawać leki, słuchać historii, które opowiadali po raz trzydziesty. I okazało się, że jestem w tym dobra. Że potrafię być cierpliwa, delikatna i uważna – wszystko to, czego Andrzej nigdy we mnie nie szukał.
W poniedziałek stanęłam przed drzwiami mieszkania na Ruczaju. Nowy adres – więc się przeprowadził po rozwodzie, nie wiedziałam dokąd. Nacisnęłam dzwonek i usłyszałam szuranie kapci po panelach.