Drzwi otworzyły się powoli.
Andrzej stał w progu – o kulę, lekko przechylony na lewą stronę. Schudł. Włosy, kiedyś gęste i ciemne, były teraz siwe i rzadkie. Miał na sobie flanelową koszulę, której nie znałam, i dresowe spodnie, które znałam aż za dobrze – te same, w których oglądał mecze dwadzieścia lat temu.
Patrzył na mnie dobrą sekundę, zanim go zobaczyłam w jego oczach – to zaskoczenie, które próbował ukryć. Lewa strona twarzy miała lekko opadnięty kącik ust. Ślad po udarze.
– Lucyna – powiedział. Nie pytająco. Stwierdzająco, jakby sprawdzał, czy to słowo jeszcze działa.
– Dzień dobry, panie Andrzeju – odpowiedziałam i sama poczułam, jak absurdalnie to brzmi.
Wszedł do środka bez słowa, a ja za nim. Mieszkanie było małe – dwa pokoje, kuchnia, łazienka. Czysto, ale pusto. Półki z książkami, których Andrzej nigdy nie czytał za naszego małżeństwa. Doniczka z bazylią na parapecie. Na lodówce magnetyk z Zakopanego i zdjęcie Kasi – naszej córki – z wnuczką na rękach.
– Kasia to załatwiła – powiedział, siadając ciężko na krześle w kuchni. – Nie wiedziałem, kogo przyślą.
– Ja też nie wiedziałam, do kogo idę.
Milczeliśmy. On patrzył w okno, ja rozpakowywałam torbę – ciśnieniomierz, notes, rękawiczki. Rutyna. Tyle że ręce mi się trzęsły jak nigdy przy żadnym innym podopiecznym.
Pierwsza wizyta minęła w sztywnej uprzejmości. Zmierzyłam mu ciśnienie, przygotowałam leki na cały tydzień, zrobiłam listę zakupów. Andrzej odpowiadał zdawkowo, ale nie prosił, żebym sobie poszła. Kiedy wychodziłam, powiedział – dziękuję – takim tonem, jakby to słowo go bolało.
Wracałam do niego trzy razy w tygodniu. Środy, piątki i poniedziałki. Z każdą wizytą ściana między nami robiła się cieńsza, ale żadne z nas nie próbowało jej burzyć. On pozwalał mi sobie pomagać – a to dla Andrzeja było więcej niż kiedykolwiek dał mi w małżeństwie.
W trzecim tygodniu, kiedy pomagałam mu ćwiczyć rękę – udar zabrał mu sprawność lewej strony – powiedział ni stąd, ni zowąd:
– Nie byłem dobrym mężem.
Nie odpowiedziałam od razu. Zginałam jego palce, jeden po drugim, tak jak pokazała fizjoterapeutka.
– Nie – powiedziałam w końcu. – Nie byłeś.
– Wiem.