Cisza. Za oknem ktoś parkował samochód, silnik warczał, potem zgasł.
– Myślałem, że to wystarczy – dodał cicho. – Że jak nie piję, nie kręcę, zarabiam – to wystarczy.
Puściłam jego dłoń. Leżała na stole jak coś obcego – duża, chuda, z żyłami pod cienką skórą. Pamiętałam tę rękę, kiedy była silna i pachnąca smarem maszynowym. Kiedy podawała mi klucze do naszego pierwszego wspólnego mieszkania.
– Wystarczało – powiedziałam. – Przez jakiś czas.
Andrzej nie przepraszał. Nie prosił o drugą szansę. Nie powiedział, że mnie kochał i żałuje. Ale od tamtej rozmowy coś się zmieniło w sposobie, w jaki na mnie patrzył. Jakby wreszcie mnie widział – nie żonę, nie byłą żonę, nie opiekunkę. Mnie.
Kasia zadzwoniła w piątek wieczorem.
– Mamo, wiem, że to ty chodzisz do taty. Powiedział mi.
– I co?
– I nic. Chciałam tylko zapytać, czy ci to nie przeszkadza. Bo jeśli tak, znajdę kogoś innego.
Stałam w swojej kawalerce, patrząc na ścianę, na której wisiało zdjęcie Kasi z matury. Takie same oczy jak ojciec.
– Nie przeszkadza mi – powiedziałam. I byłam zaskoczona, że mówię prawdę.
Bo to nie jest historia o powrocie do Andrzeja. Nie wrócę. Nie kocham go, nie tęsknię za naszym małżeństwem. Ale jest coś dziwnego w tym, że uczę go na nowo trzymać łyżkę – tego samego człowieka, który kiedyś nie potrafił mnie trzymać za rękę na spacerze, bo uważał, że to niemęskie.
Teraz jego dłoń w mojej jest tylko ćwiczeniem rehabilitacyjnym. I może właśnie dlatego wreszcie mogę ją trzymać bez żalu.
W zeszły poniedziałek, kiedy wychodziłam, Andrzej powiedział:
– Lucyna, następnym razem to ja zrobię herbatę. Lewa ręka już prawie daje radę.
Uśmiechnęłam się. I pomyślałam, że los ma poczucie humoru – okrutne, ale jednak. Trzydzieści lat czekałam, aż ten mężczyzna zrobi dla mnie herbatę. Wystarczyło się rozwieść i wrócić jako obca.