Odkąd zostałam sama, ktoś każdej zimy przed szóstą odśnieża mi kawałek od furtki do drzwi. Byłam pewna, że to sąsiad Heniek, i co roku nosiłam mu za to sernik.

W tym roku wstałam po ciemku i wyjrzałam przez okno. To ten chłopak z dredami od Nowaków, na którego dwa razy się skarżyłam.

Gdybym tamtej nocy nie obudziła się od bólu kolana, pewnie dalej nosiłabym sernik pod złe drzwi. Leżałam w ciemności, nasłuchując, jak wiatr szarpie rynnę, i nagle usłyszałam coś innego – metaliczny zgrzyt łopaty o beton. Było wpół do szóstej.

Zsunęłam się z łóżka, nie zapalając światła. Podeszłam do okna od strony furtki, odsunęłam firankę na centymetr i zobaczyłam sylwetkę, którą znałam – ale nie tę, którą się spodziewałam.

Nie niski, przygarbiony Heniek w swojej wiecznie za dużej kurtce. Wysoki chłopak w bluzie z kapturem, spod którego wystawały ciemne sznury dredów. Szuflował spokojnie, metodycznie, jakby robił to nie pierwszy raz. Bo nie robił tego pierwszy raz.

Nazywam się Wiesława. Sześćdziesiąt siedem lat, emerytowana położna, trzydzieści dwa lata w szpitalu powiatowym w Radomiu. Mąż Staszek odszedł pięć lat temu – wylew, nagły, w niedzielę rano, kiedy kroił chleb na śniadanie. Nóż spadł na podłogę, a ja najpierw podniosłam nóż, zanim zrozumiałam, co się dzieje. Takie rzeczy pamięta się na zawsze – ten głupi odruch z nożem.

Po pogrzebie zostałam w naszym domu na Ustroniu, małej uliczce z dziesięcioma domami, gdzie wszyscy wiedzą, kto o której wraca i kto z kim się pokłócił. Staszek zawsze odśnieżał chodnik jako pierwszy na ulicy – wstawał o piątej, bo tak miał ustawiony zegar biologiczny po czterdziestu latach w zakładzie. Pierwszą zimę bez niego odśnieżałam sama, skończyło się na tym, że lekarz zabronił mi dźwigać cokolwiek cięższego od czajnika.

A potem, drugiej zimy, zaczęło się. Budziłam się rano, wyglądałam przez okno, a ścieżka od furtki do drzwi była czysta. Równo odgarnięta, posypana piaskiem. Ktoś robił to w ciemnościach, zanim wstałam.

Byłam pewna, że to Heniek Walczak z sąsiedniego domu. Heniek, siedemdziesiąt trzy lata, wdowiec od dekady, cichy człowiek, który po śmierci żony zaczął rozmawiać głównie ze swoim kotem i z sąsiadami przez płot.

Heniek miał logikę – mieszkał najbliżej, znał Staszka trzydzieści lat, odśnieżanie cudzego chodnika pasowało do niego jak rękawiczka. Facet z tamtego pokolenia, który nie pyta, czy pomóc, tylko pomaga.

Każdej zimy, jak przychodziły pierwsze śniegi, piekłam sernik – taki jak robiła moja matka, z dużą ilością rodzynek, ciężki, mokry, na kruchym spodzie – i szłam do Hieńka. Stawiałam tortownicę na jego stole i mówiłam:

– Heniek, dziękuję ci za tę ścieżkę.