Ciąg dalszy i zakończenie opowieści (po węgiersku)
W następnej chwili drzwi znów się zatrzęsły.
Drewno zaskrzypiało.
Zamek powoli zaczął się otwierać.
Głos mojego męża dobiegł zza szpar.
„Lena, nie rób tego. Nikomu na mnie tak nie zależy, żeby tu po ciebie przychodzić”.
Nie odpowiedziałam.
Po raz pierwszy się go nie bałam.
Bo wiedziałam coś, czego on nie wiedział.
Nie byłam już sama.
Spojrzałam na ekran telefonu.
Sześć minut.
Pięć minut.
Cztery.
Nagle wszystko ucichło.
Mój mąż przestał mnie bić.
Przez chwilę myślałam, że może się poddał.
Potem usłyszałam jego głos.
„Kto tam jest?”
Nie było w nim już kpiny.
Tylko niepewność.
Strach.
Powoli podeszłam do drzwi, ale ich nie otworzyłam.
Z korytarza dobiegł głęboki, spokojny głos.
„Jestem Vincent Moretti”.
Mój mąż zamilkł.
Jego kochanek też.
Bo wszyscy znali to imię.