CZĘŚĆ 1
„Jeśli twoja mama umrze dziś w nocy, to nie będzie moja wina, że nie pożyczyłam ci pieniędzy”.
To była ostatnia wiadomość, jaką wysłała mi kuzynka Brenda, zanim mnie zablokowała.
Stałam przed ladą przy bramce B8 Międzynarodowego Portu Lotniczego w Meksyku, wciąż w niebieskim uniformie ze Szpitala Ogólnego, z rozpuszczonym warkoczem, trampkami poplamionymi wybielaczem i zaschniętą krwią, z drżącym telefonem w dłoni.
„Proszę pani, przepraszam, że się powtarzam” – powiedziała pracownica linii lotniczych, ściszając głos, żeby nie było słychać. „Ostatnie wolne miejsce do San Luis Potosí kosztuje 2800 pesos. Nie mogę go zarezerwować bez zapłaty”.
„Moja mama jest na oddziale intensywnej terapii” – powiedziałam, mimo że powtórzyłam to już trzy razy. „Miała zawał serca. Jestem jej jedyną córką. Muszę tam dotrzeć”.
Kobieta spojrzała na mnie z tym zmęczonym współczuciem kogoś, kto chce pomóc, ale ma na ekranie system, który mu tego zabrania.
„Nie mam uprawnień do rozdawania biletów”.
Znowu otworzyłam aplikację banku, jakby patrzenie na to samo saldo mogło w jakiś sposób sprawić, że pieniądze będą wyglądać na wstydliwe.
Sto trzydzieści sześć pesos.
To wszystko, co miałam.
Sprzedałam telewizor przez telefon, zastawiłam kolczyki w lombardzie na lotnisku i wydałam prawie wszystko, żeby dostać się tam z mojej zmiany. Autobus jechał dziewięć godzin. Lot o szóstej był tańszy, ale odlatywał za późno.
Moja sąsiadka, Doña Licha, zadzwoniła do mnie dwadzieścia minut wcześniej, a jej głos się łamał: „Fabiola, pospiesz się. Twoją matkę zabrała karetka. Jestem tu sama, nie wiem już, co robić”.
A ja, która przez sześć lat powtarzałam innym rodzinom, żeby oddychały, czekały, miały wiarę, nie mogłam kupić biletu, żeby tam dotrzeć z jedyną osobą, która mi pozostała przy życiu.
Zadzwoniłam do cioci Rosario.
Nie odebrała.
Zadzwoniłam do Brendy, tej samej kuzynki, której czynsz płaciłam przez trzy miesiące, kiedy jej mąż stracił pracę.
Odebrała, odtwarzając wiadomość głosową.
„Fabiola, nie zaczynaj dramatu. Zawsze chcesz, żeby wszyscy się spieszyli, bo jesteś pielęgniarką i podobno ratujesz życie. No to ratuj swoją mamę swoją pensją”.
Potem przyszedł SMS.
„Jeśli twoja mama umrze dziś w nocy, to nie będzie moja wina, że nie pożyczyłam ci pieniędzy”.
I mnie zablokowała.
Czułam, jakbym miała pęknąć w piersi.
Za mną mężczyzna w szarym garniturze westchnął ciężko.
„Kupisz bilet, czy nie? Niektórzy z nas mają ważne loty”.
Odwróciłam się, żeby na niego spojrzeć. Chciałem mu powiedzieć, że moja matka umiera, że nie przeszkadzam bez powodu, że gdybym mógł wyrwać sobie serce i wymienić je na bilet, zrobiłbym to. Ale nic z tego nie wyszło.
Po prostu płakałem.
Pracownik zaproponował mi lot o szóstej ze zniżką.
„To będzie 1200 pesos”.
„Nawet tego nie mam” – wyszeptałem.
Ktoś w kolejce zachichotał.
„Do tego są telefony komórkowe, ale nie do biletu”.
Otarłem twarz rękawem munduru. Nigdy nie czułem się tak biedny, tak samotny, tak wystawiony na widok publiczny.
Wtedy z pobliskiej ławki wstał mężczyzna.
Niósł skórzaną teczkę, jego koszula była pognieciona, a na nadgarstku miał stary zegarek, jeden z tych, które nie wyglądają na drogie, a raczej odziedziczone. Podszedł do lady i położył dowód osobisty na barze.
„Chodźmy razem” – powiedział.
Pracownik podniósł wzrok.
„Panie Robles…”
Cofnąłem się o krok.
„Słucham?”
„Chodźmy razem” – powtórzył, patrząc mi prosto w oczy, bez cienia taniej litości. „Za czterdzieści minut odlatuje mój prywatny samolot do San Luis. Miałem lecieć sam. Nie ma powodu, żebyś tu siedział i żebrał o 2800 pesos, podczas gdy ja będę odlatywał z pustymi miejscami”.
„Nie znam pana”.
„Nazywam się Alejandro Robles”.
„To nie znaczy, że nie jest pan niebezpieczny”.
„Nie proszę pana, żeby mi pan zaufał bez powodu” – odpowiedział. „Proszę pana, żeby pan był podejrzliwy od samego początku. Każda minuta wahania to minuta, której pana matka nie ma”.
Przycisnąłem torbę do piersi.
Pracownik skinął głową z powagą.
„Pan Robles jest częstym klientem prywatnego hangaru”.
Mój telefon zawibrował.
To była wiadomość od Doñi Lichy:
„Fabiola, pospieszyli z twoją matką. Nic mi nie mówią”.
I kolejna od Brendy, z innego numeru:
„I nawet nie myśl o powrocie jutro i prośbie o pieniądze na pogrzeb”.
Coś we mnie pękło.
Nieznajomy zabrał moją małą walizkę, zanim zdążyłam zaprotestować.
„Jak ma na imię twoja matka?”
„Amalia” – powiedziałam prawie bezgłośnie.
„To pojedziemy do Doñi Amalii”.