Nad Guadalajarą powoli wstawał świt , złote światło przesączało się przez czerwone dachy Cerro del Cuatro . Élise powoli przechadzała się po swoim małym mieszkaniu w Santa Tere , kładąc dłoń na okrągłym brzuchu, który już prawie miał urodzić. Każdy krok był trudny, ale pomimo zmęczenia, szepnęła czule:
— Trzymaj się, kochanie… to już niedługo, w końcu się spotkamy.
Marc natomiast nie rzucił jej nawet okiem. Odkąd zaczęła się ciąża, niegdyś troskliwy mężczyzna stał się dla niej obcy. Wszystko go dręczyło: zapach jedzenia, nieprzespane noce, nawet jej ciężki oddech. Mówił do Élise, jakby jej macierzyństwo było bezsensownym ciężarem.
Pewnej nocy, gdy starannie składała ubranka dziecka, powiedział do niej suchym tonem:
— W przyszłym miesiącu będziesz rodzić w domu rodziców w Chapala . Wszystko tutaj jest niesamowicie drogie. Tam położna zajmie się tobą o wiele taniej. Nie zamierzam wyrzucać pieniędzy w błoto.
Élise poczuła, że w jej oczach pojawiają się łzy.