Trzymałam na rękach moją dwumiesięczną córeczkę i wpatrywałam się w zamek szyfrowy wiszący na lodówce, gdy mój mąż uśmiechnął się i powiedział, że w końcu „przejmuje kontrolę” nad tym, co jem. Dwadzieścia cztery godziny później jego matka zamieniła to samo słowo, kontrola, w najzabawniejszą publiczną katastrofę w jego życiu.
Siedziałam przy stole w jadalni i płakałam nad kawałkiem steku tak małym, że wyglądał, jakby przeprosił, zanim wylądował na moim talerzu.
Ryan siedział naprzeciwko mnie, jadł jak aktor w reklamie apetytu, z talerzem pełnym steków, puree ziemniaczanego i czosnkowego pieczywa, a obok niego pocił się zimny napój.
Jadłam surowe warzywa, piłam wodę i miałam minę kobiety, która stara się nie rzucić widelcem w swoje małżeństwo. Najgorsze nie było nawet jedzenie. Chodziło o to, jak normalnie zachowywał się mój mąż, podczas gdy ja siedziałam głodna w swoim własnym domu.
Najgorsze nie było nawet jedzenie.