
Z półmroku wyłonił się mężczyzna. Wysoki, szerokich barów, ubrany w stary płaszcz. Jego oczy – zimne jak stal – skrywały jednak coś więcej, coś nieziemskiego. Małgorzata, widząc go, krzyknęła i przycisnęła dłonie do piersi: — Jan?.. — jej głos zadrżał. — To niemożliwe… Robert i Marek spojrzeli po sobie. Zapalniczka wypadła z dłoni; płomień błysnął i zgasł. — Co to za diabły?! — warknął Marek. — Kim ty jesteś?! Postać podeszła bliżej. W świetle lampy twarz mężczyzny stała się wyraźna. Była blada, prawie przezroczysta, jak odbicie w mgle. A jednak nie sposób było się pomylić – to był Jan, zmarły mąż Małgorzaty. — Ostrzegałem — powiedział głos, który brzmiał jak echo zza światów. — Nie dotykaj mojego domu. Robert cofnął się, potknął o stół. Pot na jego czole błyszczał. Przeklął i rzucił się w stronę drzwi, ale te zatrzasnęły się z hukiem, jakby ktoś nimi cisnął od środka. Marek wyrzucił kanister i spróbował rozbić okno, lecz szkło zdawało się twardsze niż kamień – ani pęknięcia. Ze strachu upadł na kolana, dławiąc się własnym oddechem. Małgorzata stała nieruchomo, patrząc, jak Jan zbliża się do niej. Na jego twarzy nie było już gniewu – tylko smutek. — Nie jesteś sama — powiedział cicho. — Jestem z tobą. I nikt nie zniszczy tego, co stworzyliśmy. Za nimi coś gruchnęło: lampa spadła ze stołu i zajęła się zasłona. Ogień przesunął się po ścianie, ale Jan spojrzał na płomień – i ten nagle zgasł, jakby ktoś wysysał z pokoju powietrze. Bandyci siedzieli w kącie, jak cienie dawnych twardzieli.