Adrian zbladł.
Nie, nie zbladł.
Cel dla zmarłych.
Widziałam, jak z trudem przełyka ślinę, gdy Renata przechodziła przez pokój z tą złotą sakiewką w dłoni, uśmiechając się, jakby nie spędziła sześciu miesięcy na wtrącaniu się w moje małżeństwo. Moja teściowa, Doña Teresa, spojrzała na nią z zaciekawieniem od stóp do głów.
„A kim jest ta mała dziewczynka?” zapytał.
„Koleżanka Adriana” – powiedziałam z najsłodszym uśmiechem na twarzy. „Zajęłam jej miejsce obok ciebie”.
Adrian chrząknął.
„Camila, kochanie, myślę, że Renata może usiąść z ludźmi z biura”.
„Och, nie bądź niegrzeczna” – odpowiedziałam. „Twoja mama zawsze mówi, że lubi poznawać ważne osoby w twoim życiu”.
Renata mrugnęła.
Doña Teresa wyprostowała się na krześle, szczęśliwa, że czuje się ważna.
„Oczywiście, mijita, usiądź tu ze mną”. Jestem matką Adriana.
Renata zawahała się na chwilę.
Ta sekunda była pyszna.
Ale usiadł.
W pomieszczeniu panował hałas: śmiech ciotek, dzieci biegające między balonami, łyżeczki stukające o styropianowe talerze, mama mocująca się z ekspresem do kawy, bo kończyła się woda hibiskusowa. Na zewnątrz, w Coyoacán, słychać było przechodzącego ulicą organistę i sprzedawcę wołającego tamales, jakby był poniedziałkowy poranek.
Adrian podszedł do mnie od tyłu.
„Co robisz?” mruknął.
„Mój baby shower”.
„Nie żartuj, Camila”.
Powoli się odwróciłam.
„Nigdy nie bawię się w sprawy rodzinne, Adrianie”.
Zamarł.
Moja kuzynka Mariana patrzyła na mnie znad stołu z prezentami. Miała na sobie zieloną sukienkę, czerwoną szminkę i beżową teczkę pod pachą. Ledwo uniósł brwi.
To był sygnał.
O szóstej rozpoczął się pierwszy mecz.
Ciocia Lulu zawołała z mikrofonem w ręku:
„Zobaczmy, kto najlepiej zna przyszłych rodziców!”
Panie zaczęły bić brawo.
Adrian próbował się uśmiechnąć.
Renata nie wiedziała, gdzie położyć ręce.
Usiadłam na krześle ozdobionym liliowymi wstążkami, mój ogromny brzuch pod białą sukienką i poczułam, jak Lucia porusza się we mnie. Moja córka była obudzona. Idealnie. Już wcześniej słyszała, że jej matką nie da się pomiatać.
„Pierwsze pytanie” – powiedziała ciocia – „na co Camilla miała pierwszy silny apetyt?” „Mango z chamoy” – odpowiedziała mama.
„Nie” – szybko odpowiedział Adrian. „Chilaquiles”.
Uśmiechnęłam się.
„To było mango z chamoy. Pamiętasz, że byłaś tego dnia w Valle de Bravo?”
W sali zrobiło się trochę ciszej.
Renata spuściła wzrok.
Doña Teresa spojrzała na syna.
„Valle de Bravo?”
„Praca, mamo” – powiedział.
„To dziwne” – wtrąciłam. „Bo mówiłeś mi, że jesteś w Puebli”.
Ciocia Lulu nerwowo zaśmiała się do mikrofonu.
„No, no, następne pytanie”.
Mariana podeszła do stołu ze słodyczami i umieściła koperty pod babeczkami. Przyglądałam się, jak to robi, jakby nic się nie stało. Nikt inny niczego nie zauważył, poza Lourdes Menchacą, szefową Adriana, która właśnie weszła do pokoju z ogromnym, drogim prezentem. „Nie przyszłam po babeczki” – powiedziała.
Adrian ją zobaczył.
A potem zdał sobie sprawę, że piekło ma listę gości.
„Lourdes?” – wyjąkał.
„Witaj, Adrianie” – powiedziała. Co za cudowne przyjęcie. Bardzo znajome.
Renata zamknęła oczy.
Dona Teresa pochyliła się w jej stronę.
„Też pracujesz w agencji?”
„Tak, proszę pani.”