
Łukasz stał między dwiema kobietami jak między dwiema żywiołami. Jedna — cicha, zmęczona, ale zdecydowana; druga — obrażona, udająca kruchość, jakby grała w teatrze o „matce pełnej poświęcenia”. — Marta, proszę — uniósł ręce, jakby chciał uspokoić burzę. — Porozmawiajmy spokojnie. Mama po prostu nie jest przyzwyczajona… — Nie jest przyzwyczajona do granic — przerwała. — A ty nie jesteś przyzwyczajony ich bronić. Zofia teatralnie otarła oczy. — Ja tylko chciałam ciepła, rodziny… A co dostaję w zamian? Chłód i oskarżenia! Marta spojrzała na Łukasza. — Wybieraj. Teraz. Mam dosyć bycia winną tylko dlatego, że chcę mieć spokój. Milczał. Sekunda. Dziesięć. Wieczność. W końcu Zofia westchnęła, położyła dramatycznie dłoń na piersi i powiedziała: — Dobrze. Odejdę. Nie chcę niszczyć waszego małżeństwa. Niech wszystko spadnie na moją duszę! — i powoli wyszła, ciągnąc walizkę jak żałobny rekwizyt swojej dumy. Gdy drzwi się zamknęły, w mieszkaniu zapanowała nienaturalna cisza. Marta usiadła na brzegu łóżka, dotknęła narzuty w kwiaty i zsunęła ją, jakby zrzucała z siebie lepki sen ostatnich dni. Łukasz usiadł obok.