Szłam do fryzjerki na osiedlu i przez witrynę zobaczyłam mojego męża. Siedział przy stoliku w kawiarni naprzeciwko i trzymał za rękę kobietę, którą przedstawił mi w zeszłym roku jako nową księgową z firmy. Miał na sobie koszulę, którą kupiliśmy razem na naszą rocznicę.

Zatrzymałam się tak gwałtownie, że kobieta za mną prawie weszła mi na pięty. Przeprosiła, obeszła mnie, poszła dalej. A ja stałam na chodniku z torebką przyciśniętą do piersi i patrzyłam przez szybę kawiarni, jak mój mąż głaszcze kciukiem dłoń kobiety, która nie jest mną.

Nie krzyczałam. Nie wpadłam do środka. Nawet nie zapłakałam – przynajmniej nie wtedy. Stałam może pięć sekund, może dziesięć, a potem zrobiłam jedyną rzecz, na jaką było mnie stać: odwróciłam się i poszłam do fryzjerki. Bo miałam umówioną wizytę na trzynastą trzydzieści, bo pani Marzena czekała, bo tak się robi – przychodzisz, siadasz, uśmiechasz się i mówisz, że chcesz tylko podciąć końcówki, nic specjalnego.

Pani Marzena zapytała, czy wszystko w porządku, bo jestem blada. Powiedziałam, że chyba za mało jadłam na śniadanie. Usiadłam w fotelu, zobaczyłam swoją twarz w lustrze – pięćdziesięcioczeroletnią twarz kobiety, która właśnie zobaczyła coś, czego nie da się odzobaczyć – i pomyślałam: ta koszula. Błękitna, lniana, z wywiniętymi mankietami. Wybraliśmy ją razem w galerii przed trzecią rocznicą ślubu. Dariusz powiedział wtedy, że to jego ulubiona, bo ja ją wybrałam.

Trzydzieści lat. Trzydzieści lat z Dariuszem, z czego dwadzieścia osiem we wspólnym mieszkaniu na Czubach w Lublinie, trzecie piętro, balkon na zachód. Znałam tego człowieka lepiej niż samą siebie. Wiedziałam, jak pije kawę – zawsze czarną, bez cukru, pierwszy łyk z przymkniętymi oczami.

Wiedziałam, że w nocy zaciska szczękę i zgrzyta zębami. Wiedziałam, że przy dzieciach nigdy nie podnosi głosu, a przy mnie – czasem tak, ale rzadko, i zawsze potem przepraszał. Wiedziałam o nim wszystko. Byłam tego pewna jeszcze godzinę temu.

Pani Marzena suszyła mi włosy, a ja myślałam o tej kobiecie. Spotkałam ją raz, na firmowym grillu u Dariusza w czerwcu tamtego roku. Przedstawił ją luźno – Karolina, nowa księgowa, dopiero zaczęła, jeszcze się nie odnalazła. Drobna, jasnowłosa, może trzydzieści pięć lat. Uśmiechała się do mnie uprzejmie, powiedziała, że słyszała o mnie same dobre rzeczy. Ja powiedziałam, że miło mi ją poznać. I tyle.

Jedna rozmowa, dwa zdania, grzeczny uśmiech. Nie poczułam nic – żadnego alarmu, żadnego ukłucia. Bo dlaczego miałabym? Dariusz miał prawo mieć koleżanki z pracy. Przez trzydzieści lat nigdy nie dał mi powodu do zazdrości. Ani jednego. Był tym mężem, o którym sąsiadki mówiły z lekką zazdrością – spokojny, pracowity, nie pije, nie krzyczy, w weekendy griluje na balkonie albo jedzie na działkę.

Wróciłam z fryzjera i usiadłam w kuchni. Nie zdjęłam kurtki. Zadzwonił telefon – Dariusz. Odebrałam.

– Cześć, Renatko, będę późno, mamy inwentaryzację do dokończenia – powiedział tym samym tonem, co zawsze.

– Dobrze – odpowiedziałam. – Zrobiłam kotlety.

– Super, podgrzeję sobie. Nie czekaj, kładź się.

Rozłączył się. Siedziałam z telefonem przy uchu jeszcze ze trzydzieści sekund po tym, jak połączenie się zakończyło.

Inwentaryzacja. Na pewno.