„Bolą mnie plecy…”
Mateo przytaknął, ale w jego oczach wciąż było widać strach. Taki, który nie znika od jednego zdania.
Rafael odpalił silnik, ale nie ruszył od razu. Wiedział, że jeśli teraz zawiezie chłopca do domu… wszystko będzie trwało dalej. Jak przez ostatni rok. A on stanie się częścią tego milczenia.
— Mateo… — odezwał się znów. — Dziś nie pojedziemy od razu do domu, dobrze?
Chłopiec zesztywniał.
— Ona się zdenerwuje…
— Może. Ale to ja tu decyduję, dokąd jedziemy.
Te słowa zabrzmiały spokojnie, ale była w nich siła, której Mateo chyba nigdy wcześniej nie słyszał u dorosłego.
Samochód ruszył.
Nie w stronę Las Lomas.
Przez kilka minut jechali w ciszy. Miasto powoli się zmieniało — luksusowe wille znikały, zastępowane zwykłymi ulicami, sklepami, ludźmi, którzy nie mieli ochroniarzy ani wysokich murów.
Mateo patrzył przez okno.
— Dokąd jedziemy?
— Do kogoś, kto pomoże.
Chłopiec nic nie odpowiedział.
Po kolejnych kilkunastu minutach Rafael zatrzymał się przed niewielkim budynkiem. Nie był imponujący. Żadnych marmurów, żadnych bram. Tylko prosty szyld i otwarte drzwi.
— Chodź — powiedział łagodnie.
Mateo zawahał się.