„Sereno?”
„Dziecko” – wyszeptała. „Coś jest nie tak”.
Winda nie działała. Budynek został uszkodzony. Doktor Castellano był w drodze, ale nie było czasu.
Damien niósł Serenę przez szczątki, a ona kurczowo się go trzymała, czując narastający ból, który zapierał jej dech w piersiach.
Ich syn miał się urodzić.
Za wcześnie.
W strefie wojny.
W prowizorycznym pokoju medycznym, podczas gdy strażnicy pilnowali korytarza, a z otworów wentylacyjnych wciąż unosił się dym, Serena zmagała się z porodem, trzymając dłoń Damiena wokół swojej, a dr Castellano spokojnie i stanowczo udzielał jej instrukcji.
Przez osiem miesięcy Serena radziła sobie sama.
Teraz krzyczała mając Damiena u boku.
Kiedy dziecko w końcu zapłakało, dźwięk ten rozbił coś w pokoju.
Cichy, wściekły krzyk.
Żywy.
Ich syn urodził się dwa miesiące przed terminem, mały, ale walczący, jego płuca pracowały, a jego kolor był na tyle dobry, że dr Castellano mógł znów oddychać.
Damien spojrzał na niego, jakby cały świat skurczył się do tej kruchej paczuszki.
Serena, wyczerpana i drżąca, trzymała swoje dziecko przy piersi.
„To wojownik” – powiedział dr Castellano.