„To tylko zadrapanie” – warknęła, a jej głos był ostry i zimny jak stłuczone szkło. Jej wzrok nie był skierowany na mnie, lecz na krew zbierającą się na podłodze.
Mój tata, przyciągnięty tym zamieszaniem, rzucił jedno spojrzenie na moją rozentuzjazmowaną, zdeformowaną twarz i wymamrotał dwa słowa, które definiowały całe moje dzieciństwo: „Królowa dramatu”. Przewrócił oczami, jakby moja agonia była źle wyreżyserowanym spektaklem teatralnym.
W tamtej chwili, zawieszona między oślepiającym bólem a ich lodowatą obojętnością, widziałam wszystko z przerażającą jasnością. Uśmiech Masona, krzywy, ale zadowolony, był ostatnim znakiem interpunkcyjnym na świadectwie całego życia. Nie obchodziło ich to. Nie mój ból, nie moje bezpieczeństwo, nawet nie to, czy żyję, czy umrę. Dbali tylko o fasadę, nieskazitelny wizerunek rodziny Harperów.
Nazywam się Camille Harper i to był dzień, w którym ich starannie skonstruowany świat zaczął się walić.
Dorastanie w nieskazitelnym podmiejskim domu Harperów było jak bycie jedynym chwastem w zadbanym ogrodzie. Zawsze byłam problemem. Mason, dwa lata starszy ode mnie, był złotym chłopcem, słońcem, wokół którego krążyli moi rodzice. Nie mógł zrobić nic złego, nawet gdy bezlitośnie mnie prześladował, kradł pieniądze z mojego portfela lub wdawał się w szkolne bójki, za których rozwiązanie ojciec po cichu płacił. Ja natomiast kolekcjonowałem osiągnięcia niczym zbroję. Goniłem za listami wyróżnionych, stypendiami i prestiżowymi stażami, mając nadzieję, że pewnego dnia wystarczająco błyszcząca tabliczka sprawi, że mnie dostrzegą. Ale nigdy tak się nie stało. Moje istnienie było niedogodnością, plamą na ich idealnym dywanie, która, jak mieli nadzieję, z czasem zniknie, jeśli będą ją ignorować wystarczająco długo.