Staruszka próbowała zaprzeczyć, ale się załamała. Płakała, kurczowo trzymając się drewnianych krat i opowiadała wszystko: krzyki, głód, groźby, strach przed domem opieki.
Rosa zacisnęła usta.
„Nie wystarczy, że mi to powiesz”. Ta kobieta zaprzeczy wszystkiemu. Potrzebujemy dowodów.
Dwa dni później, gdy Valeria była w salonie piękności, Rosa weszła tylnymi drzwiami z dwiema ukrytymi mikrokamerami w małym pudełku. Jedna była ukryta w regale w salonie. Druga nad okapem kuchennym.
Tego samego popołudnia, siedząc przed komputerem, Rosa zobaczyła prawdę na własne oczy. Valeria obraziła Doñę Carmen, zmusiła ją do sprzątania na kolanach i rzucała resztki jedzenia na dywan tylko po to, by zobaczyć ją upokorzoną.
Rosa myślała, że widziała już najgorsze.
Aż Valeria poszła sama do kuchni, przygotowała lemoniadę dla Andrésa i wyjęła z kieszeni małą, ciemną, bez etykiety butelkę.
Jedna kropla.
Dwie krople.
Trzy krople.
Potem zamieszała napój i uśmiechnęła się.
To, co Rosa właśnie nagrała, to nie było zwykłe znęcanie się.
To było coś o wiele bardziej potwornego.
CZĘŚĆ 2
Rosa stała nieruchomo przed ekranem. Przez kilka sekund nie słyszała szczekania psów ani szumu bugenwilli. Widziała tylko, raz po raz, dłoń Valerii na szkle, przezroczysty płyn wlewający się do lemoniady, spokojny uśmiech kogoś, kto nie improwizuje.
Kiedy Andrés przybył tego popołudnia, Valeria wyszła, by go powitać, jak zawsze.
„Zrobiłam ci coś orzeźwiającego, kochanie. Wyglądasz na wyczerpanego”.
Z domu Rosa poczuła ochotę, by przebiec przez płot i rzucić szklankę o ziemię. Ale gdyby zrobiła to bez świadków, Valeria zniszczyłaby butelkę, udawałaby załamanie nerwowe i nastawiła wszystkich przeciwko Doñi Carmen.
Andrés wypił wszystko.
Następnego dnia Rosa pokazała nagranie staruszce. Doña Carmen jęknęła, a jej serce zdawało się płynąć z głębi duszy.
„Ona go zabija… Mój syn pije to codziennie”.
Jej strach o siebie zniknął. Nie była już upokorzoną teściową. Stała się matką, która patrzyła, jak jej jedyny syn jest powoli mordowany.
Rosa nie traciła czasu. Szukała panieńskiego nazwiska Valerii w starych gazetach, dokumentach publicznych i kalendarzach towarzyskich z innych miast. To, co znalazła, wprawiło ją w osłupienie.
Valeria nie nazywała się Valeria Robles, jak wszyscy sądzili. Wcześniej używała innego nazwiska. I była dwukrotnie zamężna.
Jej pierwszy mąż, biznesmen z León, zmarł na rzekomy zawał serca po tygodniach zawrotów głowy. Jej drugi mąż, hodowca bydła z Aguascalientes, zmarł z powodu „nagłej niewydolności serca”. W obu przypadkach Valeria prosiła o natychmiastową kremację.
Odziedziczyła nieruchomości, polisy ubezpieczeniowe i konta bankowe.
Rosa wszystko rozumiała.
Andrés nie był jej mężem.
Był jej kolejną ofiarą.
O 14:00 Rosa zadzwoniła do Andrésa.
„Muszę się z tobą natychmiast zobaczyć. Nie wracaj na ranczo. To sprawa życia i śmierci”.
Umówili się na spotkanie w starej kawiarni przy wjeździe do miasta. Andrés pojawił się zmartwiony, z kapeluszem w dłoni.
„Co się stało?”
Rosa wzięła głęboki oddech.
„Valeria znęca się nad twoją matką. I cię zatruwa”.
Twarz Andrésa stwardniała.
„Nie gadaj bzdur”.
„Mam filmy”.
„Nie będę oglądał zmyślonych bzdur” – powiedział, uderzając pięścią w stół. „Valeria opiekuje się moją matką lepiej niż ktokolwiek inny. Nie sądziłem, że jesteś zdolny do wymyślenia czegoś tak ohydnego”.
Wybiegł, zostawiając Rosę z komórką w dłoni.
Ale w połowie drogi Andrés musiał gwałtownie zahamować. Fala zawrotów głowy zgięła go wpół nad kierownicą. Przypomniał sobie ostatnie kilka tygodni: dziwne zmęczenie, ból w klatce piersiowej, osłabienie po każdej lemoniadzie.
Wątpliwości gryzły go niczym cierń.
Na ranczu Valeria sprzątała salon, kiedy znalazła pierwszy aparat. Wyrwała go z półki i podeptała. Pobiegła do kuchni i znalazła drugi.
Wykrzywiła twarz.