
Klara zatrzymała się w drzwiach. Światło dnia wpadało przez okno, nadając pokoju obce wrażenie — jakby to był hotel, nie dom. — Nie rozumiem, po co to całe przedstawienie — powiedziała spokojnie. — Przedstawienie? — Izabela pochyliła się lekko. — To ty znikasz na noc, nie odbierasz telefonu od męża i nazywasz to zmęczeniem? To brak odpowiedzialności, Klaro. Marek wstał, jego twarz przypominała kamień. — Powiedz cokolwiek. Mama się martwi. — Po prostu jestem zmęczona — powtórzyła cicho Klara. — Zmęczona udawaniem, że jesteśmy rodziną. Zmęczona wiecznym poczuciem winy. Twoją kontrolą. Izabela zmrużyła oczy. — Ach, czyli teraz my jesteśmy winni? Ty mieszkasz w mieszkaniu mojego syna i jeszcze narzekasz? Klara odetchnęła głęboko. Słowa same z niej wypłynęły: — Mieszkanie jest kupione za moje pieniądze. Spadek po babci. I jest już oficjalnie zapisane na mnie. Zapadła ciężka, lepka cisza. Marek zbladł. — Co ty powiedziałaś? — jego głos załamał się. — Przepisałaś… mieszkanie? Beze mnie? — Tak. — Jej dłonie drżały, lecz spojrzenie pozostało pewne. — Bo nie chcę już żyć jak cień we własnym domu. Izabela zerwała się na równe nogi. — To bezczelność! Zdradziłaś zaufanie rodziny! — Jakie zaufanie?