
Pamiętam, jak tego samego wieczoru jechałam tam samochodem, jak we śnie. Deszcz bębnił o przednią szybę, wycieraczki skrzypiały, a rzeczywistość była zbyt wyraźna, by mogła być snem. Nie wiedziałam, czego się spodziewam – pustego budynku szkoły, opustoszałego placu, czy… kogoś? Chłopiec miał na imię Marcin. Jego mama, Laura, nie chciała, żebyśmy szli, ale on uparcie powtarzał: „Pokażę ci. One tam są.” W jego głosie nie było strachu – tylko pewność. Mały przewodnik do mojego prywatnego piekła. Szkoła tonęła w blasku latarni, obdrapana, ale taka sama, jaką ją zapamiętałam. Gdy weszliśmy, korytarze były puste, pachniało dziecięcymi farbkami i starym drewnem. Marcin pewnym krokiem prowadził nas do skrzydła na drugim piętrze. Jego małe kroki odbijały się echem od sufitów. – Tutaj – powiedział, zatrzymując się przed drzwiami z wyblakłą tabliczką „2B”. Weszłam powoli. Klasa była pusta. Tylko wieczorne światło padało na ławki, zamieniając kurz w złoty pył. A jednak… powietrze drżało. Czułam, że coś tam jest, coś mnie obserwuje. Marcin podszedł do okna i wskazał ręką: – Tam są. I wtedy je zobaczyłam. Przy oknie, w promieniach zachodzącego słońca, stały dwie postacie. Nie ciała, nie cienie – coś lekkiego, przezroczystego.