
W sali zapadła cisza, niemal namacalna. Śmiechy, brzęk kieliszków, wesołe głosy przy innych stolikach nagle wydawały się odległe. Artur wpatrywał się w kelnera, jakby ten właśnie oznajmił coś zupełnie niemożliwego. — Co znaczy, że nie powiodła się? — jego głos lekko zadrżał, ale szybko przybrał pozę pewności siebie. — Spróbujcie jeszcze raz. Kelner bez słowa skinął głową, odszedł z tacą, wrócił po chwili z kierownikiem zmiany — ten trzymał terminal w dłoniach, z przepraszającym uśmiechem. Gertruda poprawiła broszkę na piersi i rzuciła synowi surowe spojrzenie. — Artur, co tu się dzieje? Zrobiłam krok do przodu. Powoli. Spokojnie. W niebieskiej sukience, z uniesioną głową. Ich spojrzenia ciąły powietrze. — Mogę wyjaśnić — powiedziałam cicho. — Karta jest naprawdę zablokowana. Bo teraz należy tylko do mnie. Zofia mrugnęła, Gertruda zmarszczyła brwi. — Co ty tu robisz? — wykrztusił Artur, z trudem mnie rozpoznając. — Przyszłam zobaczyć, jak ci się żyje za moje pieniądze — odparłam. — Przyjęcie udane, prawda? Zerwał się z krzesła jak oparzony: — To nie twoja sprawa! To było dla rodziny!