Ciąg dalszy historii
— Myślę, że długo tego wieczoru nie zapomną. Kacper bez słowa otworzył drzwi auta, wsiadłam, a przez moment Gdańsk wydał się wyjątkowo cichy, czysty. Jakby razem z wieczornym powietrzem uleciało ze mnie wszystko stare. Żal. Zmęczenie. Nawyek milczenia. — Co teraz? — zapytał. Uśmiechnęłam się — pierwszy raz od lat naprawdę szczerze. — Zacznę od nowa. Bez „myszki”. Bez kłamstw. Sama ze sobą. Skinął głową, włączył radio — starą melodię, do której kiedyś tańczyliśmy w jego garażu. Patrzyłam przez okno, a miasto powoli odpływało, zostawiając za sobą wszystko, co dawno powinno zniknąć. A gdzieś tam, w „Le Mirabeau”, Artur wciąż siedział pod czujnymi spojrzeniami swojej rodziny. I po raz pierwszy — bez słów, bez kart i bez pewności — uświadamiał sobie, że uczta na cudzy rachunek zawsze kończy się ciszą.