
— Tak, chyba oszalałam — powiedziała Kamila spokojnie. — Oszalałam, skoro mogłam uwierzyć, że człowiek, który twierdzi, że mnie kocha, jest zdolny do czegoś takiego. Leon wstał, jego twarz wykrzywiła się od wściekłości: — Ty mi robisz wstyd przed rodziną?! Kim ty bez mnie jesteś?! Doktorantka — phi! Myślisz, że jesteś mądra? Kto cię teraz poślubi? Kamila cofnęła się o krok, czując, jak ciało drży, ale głos miała chłodny jak stal: — Lepiej być samą niż z kimś, dla kogo jestem tylko opłacalnym układem. Magdalena poderwała się z kanapy, piorunując ją wzrokiem: — Co to za przedstawienie? Mamy bilety na pociąg do domu, a musimy tego słuchać! Leon, idziemy. Niech sama tonie w swoich zasadach. Leon krążył po pokoju, próbując zachować pozory kontroli, ale każde jego słowo tylko pogrążało obraz idealnego narzeczonego: — Jeszcze będziesz żałować! Wrócisz na kolanach! Nikt nie będzie chciał się z tobą męczyć! Myślisz, że nie znajdę innej? Kobiety same się o mnie zabijają! Kamila patrzyła na niego i po raz pierwszy widziała prawdziwego Leona — wyniosłego, pustego człowieka, który gadał tylko o pieniądzach, samochodach i statusie. Skinęła głową: — Znajdziesz, Leon. Tylko że następnym razem będziesz musiał szukać nie narzeczonej, a ofiary.