Zawiozłam auto męża na przegląd, bo on nie miał czasu. Mechanik spojrzał na licznik i się zdziwił: “Mąż dużo jeździ, ze dwa tysiące kilometrów na miesiąc”. Mąż jeździ tylko do pracy – dziesięć minut w jedną stronę.
Gdybym tamtego dnia nie zawiozła samochodu do warsztatu, pewnie dalej robiłabym Grzegorzowi kanapki na drogę do pracy i wierzyła, że jedzie te swoje dziesięć minut. Że wraca te swoje dziesięć minut. Że nic więcej za tym nie stoi.
Ale zawiozłam. Bo Grzegorz miał pilne spotkanie w hurtowni i poprosił, żebym podjechała do Zenka na Bronowicach – przegląd był umówiony od dwóch tygodni. Wsiadłam, odłożyłam torebkę na siedzenie pasażera, włączyłam radio. Normalne wtorkowe przedpołudnie w Lublinie, słońce grzało przez szybę, bzy pod blokiem już kwitły. Nic nie zapowiadało tego, co usłyszę godzinę później.
Zenek, mechanik, znał nas od lat. Serwisował oba nasze auta – mojego małego fiata i grzegorzowego passata. Zaczął od standardu, obejrzał hamulce, sprawdził olej, zajrzał pod maskę. Potem usiadł za kierownicą, żeby przejechać parę metrów na podnośnik. I wtedy spojrzał na licznik.
– Pani Celino, a mąż dużo jeździ ostatnio? – zapytał, marszcząc brwi.
– Grzegorz? Skąd – zaśmiałam się. – Do hurtowni i z powrotem, dziesięć minut w jedną stronę. Czasem po drodze wstąpi do sklepu. Dlaczego pan pyta?
– Bo od ostatniego przeglądu przybyło ponad dwadzieścia tysięcy. To wychodzi ze dwa tysiące na miesiąc, może więcej. To nie jest dziesięć minut do pracy, pani Celino.
Stałam w tym warsztacie, pachniało olejem silnikowym i gumą, a radio z zaplecza grało jakąś starą piosenkę. Zenek patrzył na mnie z zakłopotaniem, jakby żałował, że to powiedział. A ja poczułam, jak mi się robi zimno w środku – mimo że na zewnątrz było dwadzieścia pięć stopni.
Nie powiedziałam Grzegorzowi o tej rozmowie. Nie od razu. Najpierw musiałam sama zrozumieć, co to znaczy. Wróciłam do domu, postawiłam wodę na herbatę i usiadłam przy kuchennym stole. Od dwudziestu sześciu lat byłam żoną Grzegorza Maślanki, magazyniera w hurtowni budowlanej na Czechowie.
Od dwudziestu prowadzę salon fryzjerski na parterze naszego bloku – trzy fotele, dwie pracownice, stałe klientki. Nasze córki – Patrycja i Marta – dawno wyfrunęły z domu, jedna do Warszawy, druga do Krakowa. Zostaliśmy we dwoje w trzypokojowym mieszkaniu na Kalinowszczyźnie, z widokiem na parking i plac zabaw, z którego dawno znikły nasze dzieci.
Myślałam, że jesteśmy w tym miejscu życia, gdzie już nic się nie wydarzy. Emerytura za kilka lat, może remont łazienki, może wreszcie ten wyjazd nad morze, który co roku odkładaliśmy. Spokojne, przewidywalne dni.
Dwa tysiące kilometrów miesięcznie.
Następnego dnia, kiedy Grzegorz wyjechał rano, zapisałam stan licznika na karteczce i schowałam ją do szuflady z przyprawami. Wieczorem, kiedy poszedł pod prysznic, sprawdziłam ponownie.
Czterdzieści siedem kilometrów. Do hurtowni na Czechowie było niecałe pięć. Tam i z powrotem – dziesięć, może dwanaście z objazdem. Zostało trzydzieści pięć kilometrów, których nie potrafiłam wytłumaczyć.