Zaczęłam notować codziennie. Przez dwa tygodnie. Mały zeszycik schowany między książkami kucharskimi, których i tak nikt nie otwierał. Cyfry nie kłamały – średnio trzydzieści do czterdziestu dodatkowych kilometrów dziennie, a we wtorki i czwartki nawet sześćdziesiąt.
We wtorki i czwartki Grzegorz wracał później. Mówił, że w hurtowni inwentaryzacja, że szef trzyma po godzinach. Dwadzieścia sześć lat małżeństwa i nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby to sprawdzić.
Teraz sprawdziłam. Zadzwoniłam do hurtowni z salonu, pod pretekstem, że mąż zostawił klucze. Miła pani z recepcji powiedziała, że pan Maślanko wyszedł punktualnie o szesnastej, jak zwykle.
Jak zwykle. O szesnastej. A do domu wracał o dziewiętnastej.
Trzy godziny. Sześćdziesiąt kilometrów. We wtorki i czwartki.
Mogłam go zapytać wprost. Mogłam urządzić scenę, rzucać talerzami, krzyczeć. Ale ja miałam pięćdziesiąt cztery lata i za dużo widziałam przy swoich fotelach fryzjerskich. Wiedziałam, jak wyglądają kłamstwa – klientki opowiadały mi swoje historie, jedne płacząc, inne ze śmiechem, jeszcze inne z kamienną twarzą. Wiedziałam jedno – że kto kłamie raz, skłamie i drugi, i trzeci. I że pytanie wprost da mi tylko lepsze kłamstwo.
Więc nie pytałam. Obserwowałam.
Grzegorz zaczął pachnąć inaczej. Nie perfumami – to byłoby zbyt proste. Pachnął świeżością. Wracał o dziewiętnastej, a jego koszula pachniała, jakby dopiero ją włożył. Któregoś wieczoru znalazłam w kieszeni paragon ze stacji benzynowej w Puławach. Puławy – pięćdziesiąt kilometrów od Lublina w jedną stronę.
Pasowało. Wszystko pasowało.
Najgorsze nie było odkrycie. Najgorsze było to powolne układanie puzzli, kawałek po kawałku, wieczór po wieczorze. Ta cisza przy kolacji, kiedy Grzegorz opowiadał o swoim dniu – o paletach, dostawach, o Zbyszku ze zmiany, który znowu się spóźnił – a ja słuchałam i myślałam: kłamiesz. Kłamiesz mi, patrząc w oczy, jedząc moje kotlety, siedząc na kanapie, którą razem wybraliśmy w Agata Meble osiem lat temu.
Pewnego czwartku pojechałam za nim. Zamknęłam salon wcześniej, poprosiłam Kasię, żeby doprowadziła ostatnią klientkę. Wsiadłam w swojego fiata i czekałam pod hurtownią. O szesnastej Grzegorz wyszedł, wsiadł do passata i pojechał. Nie w stronę domu. W stronę obwodnicy.
Jechałam za nim przez dwadzieścia minut, trzymając trzy samochody dystansu. Serce mi waliło tak, że musiałam ściszyć radio, bo nie słyszałam własnych myśli. Zjechał z głównej drogi za Kurowem. Skręcił w boczną uliczkę osiedla domków jednorodzinnych. Zaparkował pod żółtym domem z niskim płotkiem i kwitnącymi piwoniami.
Nie wysiadłam. Siedziałam w aucie za rogiem i patrzyłam, jak otwierają mu się drzwi. Kobieta – mniej więcej w moim wieku, ciemne włosy do ramion, w kwiecistej bluzce. Uśmiechnęła się do niego. On wszedł do środka, a drzwi się zamknęły.
Siedziałam tam może dwadzieścia minut. Może godzinę. Nie wiem. Liczyłam piwonie w ogródku – było ich jedenaście. Patrzyłam na firanki w oknach, na rower oparty o ścianę garażu, na miskę z wodą przy wejściu – pewnie dla kota albo psa. Normalne życie. Drugie normalne życie mojego męża.
Wróciłam do Lublina przed nim. Umyłam twarz, podgrzałam zupę. Kiedy wszedł o dziewiętnastej i powiedział, że Zbyszek znowu narobił bałaganu z zamówieniem, pokiwałam głową. Nalałam mu zupy. Usiadłam naprzeciwko.