Zawiozłam auto męża na przegląd, bo on nie miał czasu. Mechanik spojrzał na licznik i się zdziwił: “Mąż dużo jeździ, ze dwa tysiące kilometrów na miesiąc”. Mąż jeździ tylko do pracy – dziesięć minut w jedną stronę
Nie zapytałam. Jeszcze nie.
Potrzebowałam tygodnia. Siedmiu dni, żeby poukładać nie fakty – bo fakty już miałam – ale siebie. Dwadzieścia sześć lat. Dwie córki. Wspólny kredyt spłacony pięć lat temu. Wakacje w Juracie. Sylwester u Staszków. Wigilie z tłuczonym makiem i kłótnią o ilość siana pod obrusem.
W następny wtorek położyłam zeszycik na kuchennym stole. Otwarty na stronie z kolumnami cyfr. Stan licznika, data, różnica. Obok paragon z Puław.
Grzegorz wrócił, zobaczył i stanął w drzwiach kuchni. Nie powiedział ani słowa. Ja też nie. Cisza trwała może minutę, może dłużej – wystarczająco długo, żebym usłyszała, jak kapie kran, którego od roku nie mógł naprawić.
– Jak długo? – zapytałam w końcu.
Usiadł naprzeciwko. Nie kłamał. Może nie miał już siły, a może widział, że nie ma sensu. Powiedział – cztery lata. Poznał ją w hurtowni, zamawiała materiały na remont domu po rozwodzie. Zaczęło się od pomocy, od podwożenia płytek, od kawy.
Cztery lata. Patrycja w tym czasie obroniła magistra. Marta zmieniła pracę. Ja pomalowałam salon na nowo i kupiłam trzeci fotel. Cztery lata normalnego życia, pod którym było drugie, ukryte życie.
Nie krzyczałam. Nie płakałam – przynajmniej nie przy nim. Zapytałam tylko, czy ją kocha. Grzegorz patrzył w blat stołu i powiedział cicho, że nie wie. Że to co innego. Że ze mną jest dom, jest życie, jest wszystko, a tam jest – urwał i nie dokończył.
– Spokój? – podpowiedziałam. – Tam jest spokój, bo nie musisz udawać, że kran naprawisz jutro?
Nie odpowiedział.
To było trzy miesiące temu. Grzegorz śpi teraz w pokoju Patrycji, na wersalce, która skrzypi przy każdym obrocie. Nie wyprowadził się, nie wyprosiłam go. Nie podjęliśmy żadnej wielkiej decyzji. Córki nie wiedzą – a może wiedzą, bo Marta dzwoni częściej niż zwykle i pyta, czy u nas wszystko dobrze.
Nie wiem, co będzie dalej. Wiem tylko, że tamtego wtorku, kiedy Zenek spojrzał na licznik z zakłopotaniem, skończyło się jedno życie, a drugie jeszcze się nie zaczęło.
I że od tamtej pory nie umiem patrzeć na samochody na parkingu bez liczenia, ile kilometrów dzieli prawdę od kłamstwa.