Ciąg dalszy historii
Marianna odsunęła się powoli, z zaciśniętymi ustami. — Jesteście niewdzięczni. Starych nikt już nie docenia. Odejdę, to zobaczycie, jak wam bezemnie będzie — szepnęła niemal bezgłośnie. Ruszyła do wyjścia. Emma zaskakująco spokojnym tonem powiedziała: — Proszę bardzo. Ale zabierze pani Simona. I zostawi klucze. W tym domu nie będzie już pani obecności. Łukasz drgnął. — Em, naprawdę… to moja matka. — Wiem. Twoja. I teraz ty będziesz musiał z nią sobie poradzić — odparła Emma cicho, schylając się po worki na śmieci. — Ten dom należy do mnie. Marianna patrzyła jeszcze chwilę, potem wyszła bez słowa. Z korytarza dobiegł głuchy dźwięk rzucanych kluczy i trzask drzwi wejściowych. Emma padła na podłogę, zakrywając twarz dłońmi. Duszący odór, ciężkie powietrze, wszystko mieszało się w jeden koszmar. Przez łzy zobaczyła, jak Łukasz stoi pośrodku kuchni, zagubiony, jak dziecko, które zgubiło dom. Podszedł i usiadł obok. — Em, to moja wina.
Powinienem był… coś powiedzieć, stanąć w twojej obronie. Skinęła głową, nie unosząc wzroku. — Wiem. Ale już za późno. Po prostu posprzątajmy. Sprzątali do nocy. W ciszy. Zmywali, ścierali, wyrzucali. O świcie po smrodzie pozostał już tylko lekki ślad — ale w domu panowała dziwna, głucha pustka. Kiedy Emma zawiązała ostatni worek i spojrzała przez okno, na horyzoncie wstawał blady świt. Łukasz wniósł wiadro czystej wody, postawił na stół. — Em… co teraz? — zapytał cicho. Spojrzała na niego: zmęczone oczy, opuszczone ramiona. Nagle się uśmiechnęła — po raz pierwszy od dwóch dni. — Teraz… kupimy małą lodówkę. Bez “dobrych rad”. Bez gości. I zaczniemy wszystko od nowa. Łukasz przytaknął, ściskając jej dłoń. — Dobrze. Ale może zaprośmy kogoś w weekend, żeby pomógł umyć wszystko jeszcze raz? — Zaprośmy — odparła, zerkając w stronę drzwi. — Ale nie ją. Spod kanapy odezwało się ciche miauknięcie Simona. Emma podeszła, wzięła kota na ręce. Zwierzak wtulił pyszczek w jej szyję, a ona mocniej przycisnęła go do siebie, czując, że znowu może oddychać. W powietrzu wciąż unosił się lekki posmak gnicia, ale tym razem — po raz pierwszy od dawna — dało się w nim wyczuć coś jeszcze: zapach życia.