Przerzucałam strony coraz szybciej. Pokój na parterze, czternaście metrów, z własną łazienką, z wyjściem na taras od strony ogrodu. Pokój zaplanowany z troską, z uwagą na szczegóły – szerokie drzwi, niskie progi, poręcz w łazience. Ktoś pomyślał o starszej osobie. O jej komforcie. O przyszłości.
Tylko ta osoba nie byłam ja.
Zamknęłam teczkę. Usiadłam na łóżku Agnieszki i patrzyłam na ścianę, na której wisiało jeszcze jej zdjęcie z matury. Uśmiechnięta, w białej bluzce, z bukietem kwiatów. Moja córka.
Zadzwoniłam do niej dopiero następnego dnia. Musiałam najpierw ułożyć sobie w głowie, co chcę powiedzieć, żeby nie powiedzieć za dużo.
– Agnieszka, widziałam projekt domu.
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak Agnieszka oddycha.
– Mamo, ja ci chciałam powiedzieć…
– Pokój dla mamy Krystyny – powiedziałam spokojnie, chociaż spokojnie nie było mi wcale. – Na parterze. Z łazienką. Z poręczami.
– To Darek… on ma tylko matkę, ona jest coraz gorzej z biodrami, za rok, dwa nie da rady sama. My nie możemy jej zostawić.
– A ja?
Znowu cisza.
– Mamo, ty jesteś zdrowa. Ty sobie radzisz. Ty masz mieszkanie.
Miała rację. Byłam zdrowa. Radziłam sobie. Miałam mieszkanie – czterdzieści osiem metrów w bloku z wielkiej płyty, drugie piętro bez windy. Radziłam sobie, bo nie miałam wyboru.
– Czyli chcesz, żebym sprzedała działkę po moich rodzicach – powiedziałam powoli – żebyście mogli zbudować dom, w którym będzie pokój dla matki Darka. A dla mnie nie będzie nawet kąta.
– Mamo, nie dramatyzuj.
To słowo – “dramatyzuj” – uderzyło mnie bardziej niż cała reszta. Bo ja nie dramatyzowałam. Ja po prostu nazywałam rzeczy po imieniu.
Rozłączyłam się. Nie dlatego, że byłam wściekła – byłam, ale nie o to chodziło. Rozłączyłam się, bo wiedziałam, że jeśli będę mówić dalej, powiem coś, czego nie cofnę. A ja przez całe życie uczyłam dzieci, że słowa mają wagę.
Przez kolejne dni Agnieszka dzwoniła, pisała, wysyłała zdjęcia wnuka. Ja odbierałam, odpowiadałam krótko, pytałam o Kubusia, ale nie wracałam do tematu. Ona też nie wracała.
W piątek pojechałam na działkę. Pierwszy raz od ponad dwóch lat.
Brama była zardzewiała, zamek zacinał się, ścieżka zarosła trawą po kolana. Altanka Władka stała krzywo, z dachem porośniętym mchem. Porzeczki kwitły jak szalone, mimo że nikt ich nie przycinał. Mama zawsze mówiła, że porzeczki to najwdzięczniejsze krzewy – rosną same, byle je zostawić w spokoju.
Usiadłam na ławce pod jabłonią i siedziałam tam dwie godziny. Patrzyłam na dom sąsiadów, na dym z komina, na kota, który przyszedł się otrzeć o moje nogi. I myślałam.
Nie o pieniądzach. Nie o pokoju dla Krystyny. Myślałam o tym, kiedy to się zaczęło – to przesunięcie, ta zmiana osi. Kiedy Agnieszka przestała mnie widzieć jako kogoś, o kogo trzeba zadbać, a zaczęła widzieć jako kogoś, kto powinien zadbać o siebie sam?