Pojechali. Nie wrócili na obiad. Nie wrócili na kolację. Napisała esemesa o dziewiątej wieczorem: “Mamo, zostajemy na noc w Sopocie, znaleźliśmy fajny hotel. Buziaki!”
Buziaki. Siedziałam z Kacperkiem, który nie chciał zasnąć bez mamy, i Oliwią, która pytała co pięć minut, kiedy wrócą rodzice. Czytałam bajki, robiłam kakao, tłumaczyłam, że mama i tata pojechali na krótką wycieczkę. Kacperek zasnął o jedenastej, przy mnie, z buzią mokrą od płaczu.
Wrócili po trzech dniach.
Trzy dni. Opaleni, zadowoleni, z torbą zakupów z gdańskiego outletu. Patrycja przywiozła mi magnetyczny otwieracz do butelek z napisem “Sopot” i powiedziała: “Mamo, dziękujemy, byłaś złota.”
Chciałam powiedzieć: a ja? Ja nie miałam być złota, ja miałam być na wakacjach. Ale nie powiedziałam. Uśmiechnęłam się i schowałam ten otwieracz do walizki.
Reszta tygodnia potoczyła się według schematu, który zrozumiałam dopiero drugiego dnia. Rano śniadanie – robiłam je ja. Potem Patrycja z Grzegorzem wychodzili. Na spacer, na kawę, na rybę do portu, na wycieczkę na Hel.
A ja zostawałam z wnukami. Plaża z dwójką dzieci, kiedy ma się sześćdziesiąt dwa lata i bolą kolana – to nie relaks. To praca. Pilnowanie, żeby Kacperek nie wlazł za głęboko. Smarowanie kremem. Noszenie wiaderek, łopatek, ręczników, bidonu z wodą. Potem obiad – bo Patrycja nie gotowała, a jeść w restauracji z dwojgiem małych dzieci to koszmar, więc gotowałam w apartamencie z dwóch palników i jednego garnka.
Wieczorami dzieci zasypiały zmęczone. Ja siadałam na balkonie i słuchałam, jak po uliczce spacerują ludzie – śmieją się, jedzą gofry, wracają z plaży. Nie byłam na molo. Nie zjadłam ryby w porcie. Nie wypiłam kawy z widokiem na morze. Przez cały tydzień. Ani razu.
Czwartego dnia – tego po ich powrocie z Sopotu – spróbowałam.
– Patrycja, mogłabym wieczorem wyjść na molo? Chciałabym pospacerować, popatrzeć na zachód słońca.
Córka spojrzała na mnie z takim wyrazem twarzy, jakbym powiedziała coś dziwnego.
– Mamo, ale kto zostanie z dziećmi? Grzesiek chciał iść pobiegać, a ja umówiłam się z Kasią z pracy, jest akurat w Jastrzębiej Górze.
I w tym zdaniu usłyszałam wszystko.
Nie byłam tu na wakacje. Byłam tu zamiast opiekunki, której nie chcieli opłacać. Darmowa niania z własnym kostiumem kąpielowym i sandałami z Pepco, których nie założyłam ani razu.
Nie zrobiłam awantury. Może powinnam była. Powiedziałam tylko “dobrze” i zostałam z wnukami. Oliwia chciała, żebym jej pomalowała paznokcie na różowo. Pomalowałam. Kacperek chciał budować wieżę z klocków. Budowałam.
Ostatniego dnia, przy pakowaniu, Patrycja powiedziała:
– Mamo, fajnie było, co? Może za rok nad Mazury?
Popatrzyłam na nią i po raz pierwszy od tygodnia powiedziałam to, co myślałam.
– Patrycja, ja nie byłam na wakacjach. Ja byłam w pracy. Tylko za darmo i bez dnia wolnego.
Cisza była taka, że słychać było, jak Kacperek szeleści foliową torbą w drugim pokoju. Patrycja otworzyła usta, zamknęła je, a potem powiedziała:
– Mamo, przesadzasz. Przecież byłaś nad morzem.
Nad morzem. Byłam. Widziałam je z balkonu, zza suszących się ręczników.
W drodze powrotnej nikt nie rozmawiał. Grzegorz włączył radio, dzieci zasnęły pod Płockiem. Patrycja patrzyła w telefon. Ja patrzyłam przez okno na mijające pola i myślałam o tym, że są takie zaproszenia, które bolą bardziej niż gdyby ich nie było.