Wróciłam do Lublina z opalenizną na przedramionach – od stania na plaży z wiaderkiem Kacperka – i z tym magnetycznym otwieraczem do butelek. Położyłam go na lodówce, obok zdjęcia Mirka. Mirek by wiedział. Mirek by zabrał mnie na to molo.
Patrycja zadzwoniła w niedzielę wieczorem. Jak zwykle. Dziesięć minut, pytania o zdrowie, “buziaki, mamo”. Jakby nic się nie wydarzyło. A może dla niej naprawdę nic się nie wydarzyło. Może naprawdę myśli, że byłam na wakacjach.
Czasem myślę, że najtrudniejsze nie jest to, że córka mnie wykorzystała. Najtrudniejsze jest to, że pewnie nawet nie wie, że to zrobiła.