– Majchrzak.
Uśmiechnął się krzywo.
– Słyszałem, że znalazł pan mojego psa.
Mojego.
To słowo przeszło mi po plecach jak brudna woda.
– Pies jest pod opieką weterynarza.
– To dobrze. Stary był. Chory. Sam wlazł do tej lodówki, głupi kundel.
Podszedł bliżej. Czułem alkohol i tanią miętową gumę.
– Golden retriever to nie kundel – powiedziałem.
Zaśmiał się.
– Panie, pies to pies. A ten dom jeszcze tydzień temu był mój. Różne rzeczy mogły tu zostać.
– Kłódka też sama się zapięła?
Jego uśmiech zniknął.
– Niech pan uważa, co mówi.
– Za późno. Już powiedziałem policji.
Wtedy jego twarz stwardniała.
– Wie pan, co jest zabawne? Ludzie tacy jak pan kupują cudze nieszczęście za grosze, a potem robią z siebie świętych. Moja matka bardziej przejmowała się tym psem niż własnym synem. To niech teraz pies sobie odziedziczy dom.
– Może powinien – powiedziałem.
Majchrzak zrobił krok w moją stronę.
Zanim zdążył powiedzieć coś jeszcze, zza rogu wyjechał radiowóz. Halina musiała zadzwonić, bo stała za swoją firanką i patrzyła prosto na nas.
Majchrzak odwrócił się gwałtownie, ale policjanci byli już przy bramie.
– Pan Radosław Majchrzak?
– A o co chodzi?
– Proszę z nami.
– Za psa? Wy sobie jaja robicie?
Starszy policjant spojrzał na niego spokojnie.
– Za znęcanie się nad zwierzęciem ze szczególnym okrucieństwem, groźby karalne wobec sąsiadów i podejrzenie zniszczenia mienia zabezpieczonego po egzekucji komorniczej. Na początek.
Majchrzak splunął w trawę.
– Stara baba i pies. Tyle problemów przez starą babę i psa.
Nie wytrzymałem.
– Nie. Przez pana.
Spojrzał na mnie z nienawiścią.
– Jeszcze pan pożałuje.
Policjant odsunął go od bramy.