Marina wytarła ręce w kuchenny ręcznik i spojrzała na zegarek. Zaraz tu będą. Znów tu będą. Jak zawsze – nagle, radośnie, z hałasem i gwarem, z uściskami i pocałunkami, z pytaniami w stylu: „No to, nakarmisz nas?” i pewnością, że stół będzie uginał się od smakołyków.
Weszła do salonu i opadła na sofę. Pusty stół spoglądał na nią z wyrzutem. Żadnych sałatek, żadnych wędlin, żadnego ciepłego jedzenia. Tylko czajnik gotował się na kuchence – to była cała gościnność na ten dzień.
„Lena, czemu jesteś taka ponura?” – zapytał Igor, jej mąż, wychodząc z sypialni. „Przyjeżdża rodzina, więc powinniśmy byli coś przygotować”.
„Twoja rodzina” – odpowiedziała chłodno Marina. „Mam już dość bycia jadłodajnią dla ubogich”.
Igor westchnął i usiadł obok niej. Rozmawiali o tym już wiele razy. Ale za każdym razem bronił swojej rodziny: to tradycja, to było przyjęte i nie mogli nie nakarmić swoich bliskich.