Do szpitala pojechałam taksówką.
Nie dlatego, że Piotr nie miał samochodu. Miał. Stał pod blokiem, zatankowany za moje pieniądze z poprzedniego tygodnia.
Ale zasady są zasadami.
„Każdy zajmuje się własną matką.”
Mama leżała na SOR-ze w Płocku, blada, z rozciętą skórą nad brwią i ręką w temblaku. Upadła na klatce, bo zakręciło jej się w głowie. Podejrzewali złamanie nadgarstka i problemy z ciśnieniem. Kiedy mnie zobaczyła, próbowała się podnieść.
— Iwonka, nie trzeba było tak lecieć. Masz swoje życie.
Usiadłam przy niej.
— Ty jesteś moim życiem, mamo.
Dopiero wtedy łzy stanęły mi w oczach.
Nie przez Piotra.
Przez to, że moja matka zawsze przepraszała za to, że potrzebuje pomocy, a jego rodzina traktowała moją pomoc jak wodę z kranu: ma lecieć, bo jest.
Zadzwoniłam do pracy klienta i przełożyłam spotkanie. Potem załatwiłam badania, recepty, rozmowę z lekarzem i transport mamy do domu po kilku godzinach obserwacji. Zostałam z nią na noc. Ugotowałam zupę, przygotowałam leki, zadzwoniłam do jej przychodni, umówiłam kardiologa.
Piotr dzwonił sześć razy.
Nie odebrałam.
Przysłał wiadomość:
„Kiedy wracasz? Mama pyta o obiad.”
Patrzyłam na ekran długo.
Odpisałam:
„Twoja mama, twoja sprawa.”
Po minucie:
„Nie przesadzaj. To sytuacja awaryjna.”
Odpisałam:
„Moja mama też.”
Potem wyciszyłam telefon.
Wieczorem zadzwoniła Karolina.
Nie odebrałam.
Potem przyszła wiadomość głosowa od Haliny. Włączyłam ją przy kuchennym stole u mamy.
— Iwonko, może i ja jestem matką Piotra, ale przecież jesteśmy rodziną. Nieładnie tak zostawiać starszą osobę bez obiadu.
Mama spojrzała na mnie.
— To Halina?
— Tak.
— A Piotr gdzie?
— W domu. Z kuchnią.
Mama nie zapytała więcej.
Była z pokolenia, które rozumiało wszystko po jednym „z kuchnią”.
Wróciłam do mieszkania dopiero po dwóch dniach.
Na klatce usłyszałam krzyk Oskara i głos Haliny:
— Piotr, ten garnek się przypala!
Otworzyłam drzwi.
Zapach był taki, jakby ktoś próbował ugotować rybę w popiele.
Piotr stał przy kuchence w poplamionej koszulce. Karolina siedziała przy stole z obrażoną miną. Sławek zmywał naczynia, ale robił to tak wolno, że talerze chyba starzały się w jego rękach. Oskar płakał, bo nie było jego ulubionych płatków. Halina leżała na kanapie z mokrym ręcznikiem na czole.
— Nareszcie — jęknęła. — Synowa wróciła.
Postawiłam torbę w korytarzu.
— Przyjechałam po rzeczy dla mamy i dokumenty.
Piotr odwrócił się gwałtownie.
— Jak to po rzeczy? Myślałem, że już zostajesz.
— Nie. Mama ma kontrole i potrzebuje pomocy przez kilka dni.
— Ale moja mama też źle się czuje.
— To się nią zajmij.
— Przecież ja pracuję!
Spojrzałam na niego spokojnie.
— Ja też.
Karolina uderzyła dłonią w stół.
— Ale ty masz elastyczniej. Siedzisz przy projektach.
— I zarabiam nimi pieniądze, za które przez ostatnie trzy lata płaciłam połowę waszych rodzinnych problemów.
W salonie zrobiło się cicho.
Halina zdjęła ręcznik z czoła.
— Jakich problemów?
Nie odpowiedziałam.
Poszłam do gabinetu, wzięłam segregator, laptop i pendrive. Piotr wszedł za mną.
— Iwona, co ty robisz?
— Porządkuję życie według twojej zasady.
— Dobra, przesadziłem z tą matką. Chciałem tylko…
— Oszczędzić sobie.
Zamilkł.
— To nie tak.
— To dokładnie tak. Powiedziałeś „każdy swoją matkę” dopiero wtedy, kiedy moja mama zaczęła częściej potrzebować lekarzy, a twoja nadal miała mnie jako darmową taksówkę, kucharkę i sekretarkę medyczną.
— Mama cię lubi.
— Twoja mama lubi moją użyteczność.
Piotr przetarł twarz.
— Pogadajmy normalnie.
— Dobrze. Za trzy dni. Przy stole. Z rachunkami.
— Jakimi rachunkami?
Spojrzałam na niego.
— Tym razem wszystkimi.
Przez trzy dni mieszkałam u mamy.
Nie było lekko. Bolały mnie plecy, spałam na rozkładanym fotelu, pracowałam po nocach, a w dzień woziłam ją na badania. Ale pierwszy raz od dawna nie czułam winy, że nie wracam do mieszkania sprzątać po cudzych butach.
Piotr dzwonił codziennie.
Pierwszego dnia złościł się.
Drugiego prosił.
Trzeciego brzmiał jak człowiek, który odkrył, że dorsz sam nie zamienia się w obiad.
— Mama mówi, że jej ciśnienie skacze.
— Umówiłeś lekarza?
— Nie wiem, gdzie dzwonić.
— Do przychodni.