Nie wiem, co było w moim głosie, ale posłuchał.
Z telefonu natychmiast popłynął głos Barbary, wysoki i pewny siebie.
—Synku, kupiłam już bilet na dwudziestego trzeciego. Będę koło południa. Powiedz Lenie, żeby nie szykowała mi tego pokoju z rozkładaną sofą, bo mnie po niej kręgosłup boli. Wezmę waszą sypialnię, wy możecie z Mają spać w salonie przez ten miesiąc.
Kamil odruchowo spojrzał na mnie.
Ja spojrzałam na arkusz.
—Dopiszemy: zmiana sypialni. Opłata za niedogodność.
—Co tam mruczy Lena? —spytała Barbara.
Kamil zakaszlał.
—Nic, mamo. Porozmawiamy później.
—I jeszcze jedno. Niech nie gotuje tych swoich dziwnych kasz. Na święta ma być normalnie: barszcz, pierogi, karp, makowiec. I nie z marketu. Wiesz, ja bym zrobiła, ale nie po to jadę do dzieci, żeby stać przy garach.
Przez chwilę w mieszkaniu było słychać tylko cichy szum telefonu.
—Pani Barbaro —odezwałam się.
Kamil zesztywniał.
—Lena…
—Tak? —głos teściowej stwardniał natychmiast.
—Cieszymy się, że pani przyjedzie. Ustalimy tylko zasady. Nasza sypialnia zostaje nasza. Gościnna sofa jest dostępna. Jeśli pani woli hotel, podeślę trzy propozycje w okolicy. Co do gotowania: święta robimy wspólnie albo zamawiamy część dań. Ja nie będę przez miesiąc pełnić funkcji kucharki, pokojówki i pielęgniarki od nastrojów.
Cisza po drugiej stronie była tak gęsta, że aż Kamil pobladł.
—Słucham? —powiedziała Barbara lodowato.
—Dobrze pani słyszy.
—Kamil, co to ma znaczyć?
Mój mąż złapał telefon.
—Mamo, oddzwonię.
Rozłączył się.
Przez sekundę stał bez ruchu. Potem wybuchł:
—Czy ty wiesz, co zrobiłaś?
—Tak. Użyłam słów.
—Upokorzyłaś moją matkę!
—Nie. Powiedziałam jej, gdzie będzie spać.
—Ona ma chore plecy.
—Moja mama ma zwyrodnienie kolan, a spała na tej samej sofie dziesięć nocy. Nie zaproponowałeś jej naszej sypialni ani razu.
Kamil otworzył usta, zamknął je, potem sięgnął po kurtkę.
—Nie będę tego słuchał.
—Oczywiście. Gabinet albo samochód. Twoje dwie ulubione metody rozwiązywania problemów.
Zatrzymał się przy drzwiach.
—Jeszcze jedno słowo…
—Pierogi.
Odwrócił się gwałtownie.
—Co?
—Jedno słowo: pierogi. Pamiętaj o nim za każdym razem, kiedy zechcesz mówić o szacunku do matek.
Wyszedł, trzaskając drzwiami.
Tym razem Maja nie spała.
Usłyszałam cichy szelest za drzwiami dziecięcego pokoju. Po chwili stanęła w progu w piżamie z kotami, z pluszowym królikiem pod pachą.
—Mamo, tata znowu jest zły?
Serce ścisnęło mi się boleśnie.
Kucnęłam przed nią.
—Tata musi się nauczyć rozmawiać spokojniej.
—Babcia Zosia płakała, jak odjeżdżała.
To zdanie uderzyło mnie mocniej niż krzyk Kamila.
—Widziałaś?
Maja skinęła głową.
—W łazience. Powiedziała, że szczypie ją mydło w oczy.
Przytuliłam córkę tak mocno, że aż pisnęła.
Moja mama okłamała własną wnuczkę, żeby nie robić nam problemu. Nawet wychodząc, chroniła mój dom przed awanturą.
A ja przez dziesięć dni pozwalałam, żeby czuła się w nim niechciana.
Tamtej nocy nie spałam. Kamil wrócił po dwóch godzinach i położył się na skraju łóżka, plecami do mnie. Dawniej dotknęłabym jego ramienia. Powiedziałabym: „nie kłóćmy się”. Przeprosiłabym za ton, za emocje, za to, że miałam rację w sposób niewygodny.
Tym razem wstałam o szóstej i zadzwoniłam do mamy.
Odebrała po czwartym sygnale.
—Lenka? Stało się coś?
Jej głos od razu się wystraszył. Matki kobiet w takich małżeństwach uczą się bać telefonu o poranku.
—Mamo, przepraszam.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
—Za co, dziecko?
—Za te dziesięć dni. Za to, że widziałam i milczałam. Za pierogi.
Usłyszałam, jak wciąga powietrze.
—On je wyrzucił?
Zamknęłam oczy.
—Tak.
Mama przez chwilę nic nie mówiła.
—Myślałam, że może Maja nie lubiła.
Ta jej próba ratowania sytuacji złamała mnie do końca.
—Mamo, już nigdy nie pozwolę, żeby ktoś w moim domu tak cię traktował.
—Lenka, nie kłóć się przeze mnie.
—Nie przez ciebie. Przez siebie.
Kamil wszedł do kuchni w połowie rozmowy. Zobaczył moją twarz i zatrzymał się przy ekspresie.
—Oddzwonię później —powiedziałam mamie.
Rozłączyłam się.
—Będziesz teraz nastawiać swoją matkę przeciwko mnie? —zapytał.
Spojrzałam na niego z niedowierzaniem.
—Kamil, ty naprawdę nie słyszysz siebie.
—Słyszę. Słyszę kobietę, która robi awanturę o garść pierogów.
—Nie o pierogi. O pogardę.
Wyjęłam z szuflady akt notarialny naszego mieszkania. Przygotowałam go w nocy. Położyłam na stole obok arkusza kosztów.
—Co to?
—Przypomnienie. Właściciele: Lena i Kamil Borkowscy. Udziały: po jednej drugiej. Kredyt: wspólny. Opłaty: wspólne. Obowiązki: wspólne.
—Do czego zmierzasz?
—Do zasad.
Otworzyłam drugą kartkę.
—Jeśli twoja mama przyjeżdża, ma obowiązywać to samo, czego oczekiwałeś wobec mojej: żadnych pretensji, żadnego zajmowania naszej sypialni, żadnego komentowania jedzenia, żadnego wchodzenia bez pukania, żadnego podważania mnie przy Mai. Sprzątanie i gotowanie dzielimy po równo: ty i ja. Nie ja i twoja mama przeciwko mnie. Jeśli jej się nie podoba, hotel. Jeśli tobie się nie podoba, też możesz wybrać hotel.
Kamil przeczytał kartkę, a potem zaśmiał się z pogardą.
—Regulamin dla rodziny? Ty jesteś nienormalna.
—Nie. Nienormalne jest to, że normalne granice trzeba spisywać, bo dorosły mężczyzna udaje, że ich nie rozumie.
Wyszedł do pracy bez śniadania.
O dziewiątej zadzwoniła Barbara.