Nie odebrałam.
O dziewiątej piętnaście zadzwoniła znowu.
Nie odebrałam.
O dziesiątej dostałam wiadomość:
„Nie życzę sobie takiego tonu. Kamil mówił, że ostatnio dziwnie się zachowujesz. Matki się szanuje.”
Odpisałam:
„Zgadzam się. Właśnie dlatego rozmawiamy o szacunku dla obu matek.”
Przez trzy minuty nie było odpowiedzi.
Potem przyszło:
„Nie będę spała na żadnej sofie.”
Napisałam:
„W takim razie podsyłam hotele.”
Wysłałam trzy linki: Malta, Wilda, centrum. Bez komentarza.
Po południu Kamil wrócił wcześniej. Rzucił klucze na komodę.
—Mama płacze.
—To przykre.
—Tylko tyle?
—Kiedy moja mama płakała w łazience, powiedziałeś coś?
Znowu cisza.
Przez kolejne dni dom był jak pole minowe. Kamil chodził naburmuszony, odpowiadał półsłówkami, ostentacyjnie zamawiał jedzenie dla siebie, a potem zostawiał opakowania na blacie. Dawniej sprzątnęłabym bez słowa. Teraz wkładałam je do jego torby na laptopa.
Pierwszego dnia wyciągnął pudełko z sosem czosnkowym między dokumentami.
—Co to ma być?
—Twoje śmieci. Pomyliły miejsce.
Maja zachichotała przy stole. Kamil spojrzał na nią ostro, ale nie odezwał się.
Przed przyjazdem Barbary wysłałam jej wiadomość z zasadami. Krótką, grzeczną, bez jadu.
„Cieszymy się na wizytę. Gościnny pokój jest przygotowany. W domu obowiązuje pukanie do sypialni i łazienki. Posiłki ustalamy wspólnie. Nie komentujemy rodzin drugiej strony przy Mai. W razie potrzeby hotel jest zawsze opcją.”
Odpisała po godzinie:
„Nie będę przyjeżdżać tam, gdzie synowa stawia mi warunki.”
Pokazałam telefon Kamilowi.
—Proszę. Problem rozwiązany.
Jego twarz zrobiła się purpurowa.
—Ty ją do tego doprowadziłaś.
—Nie. Ja tylko nie położyłam czerwonego dywanu.
—Pojadę po nią.
—Jedź. Ale jeśli przywieźiesz ją bez zgody na zasady, ja zamówię hotel. Dla niej albo dla ciebie. Według uznania.
—Grożisz mi?
—Informuję.
Pojechał.
Wrócił sam.
Nie rozmawialiśmy do wieczora. Dopiero gdy Maja zasnęła, usiadł naprzeciwko mnie przy stole. Wyglądał na zmęczonego, ale jego duma jeszcze się trzymała.
—Mama powiedziała, że przez ciebie nie ma już syna.
—A ty co powiedziałeś?
Milczał.
—No właśnie.
Przetarł twarz dłońmi.
—Nie umiem z nią wygrać.
To było pierwsze prawdziwe zdanie, jakie usłyszałam od niego od dawna.
Nie złagodniałam od razu. Zbyt dobrze znałam pułapkę: mężczyzna pokazuje małe pęknięcie, a kobieta natychmiast zaczyna opatrywać ranę, zapominając o własnej.
—Nie proszę cię, żebyś z nią wygrał —powiedziałam. —Proszę, żebyś przestał pozwalać jej wygrywać ze mną.
Spojrzał na mnie.
—Naprawdę uważasz, że tak źle traktowałem twoją mamę?
—Nie uważam. Wiem.
—Nie chciałem…
—Chciałeś czy nie, zrobiłeś to. I kiedy ci mówiłam, że boli, nazwałeś to drobiazgami.
Kamil opuścił wzrok na stół.
—Te pierogi…
—Nie zaczynaj od pierogów. Zacznij od telefonu do mojej mamy.
Podniósł głowę.
—Teraz?
—Teraz.
Widziałam walkę na jego twarzy. Przez chwilę myślałam, że wstanie i znów trzaśnie drzwiami. Ale sięgnął po telefon.
Mama odebrała cicho.
—Dobry wieczór, panie Kamilu.
„Panie Kamilu.” Nie „Kamilku”, jak dawniej, gdy próbowała go lubić.
Przełknął ślinę.
—Pani Zofio… chciałem przeprosić. Za to, jak się zachowywałem, kiedy była pani u nas. Za komentarze. Za to, że wyrzuciłem jedzenie.
Po drugiej stronie długo panowała cisza.
—Rozumiem —powiedziała mama w końcu.
Nie powiedziała „nic się nie stało”.
Dobrze.
Kamil spojrzał na mnie, jakby czekał na ratunek, ale nie dostał go.
—To się więcej nie powtórzy —dodał.
Mama odpowiedziała spokojnie:
—Mam nadzieję. Bo ja przyjechałam do córki i wnuczki, nie po pańską łaskę.
Rozłączyła się pierwsza.
Kamil siedział z telefonem w ręku, jakby ktoś odebrał mu ważny argument.
—Twoja mama też ma charakter —mruknął.
—Miała zawsze. Tylko u nas go chowała, żeby mnie nie stawiać w trudnej sytuacji.
Przez kilka dni było spokojniej. Nie dobrze. Spokojniej.
Barbara jednak nie odpuściła.
Przyjechała bez zapowiedzi w drugi dzień świąt. Zadzwoniła domofonem o ósmej rano, z walizką większą niż Maja. Kamil zbiegł na dół, zanim zdążyłam coś powiedzieć. Gdy wrócił, szła za nim z miną ofiary i triumfatorki jednocześnie.
—Nie będę przecież siedzieć sama w pustym mieszkaniu —oznajmiła w progu. —Święta są rodzinne.
Maja wybiegła z pokoju.