Lydia zaczęła szlochać – tym razem prawdziwymi łzami, ostrymi, spazmatycznymi łzami kobiety, która zdała sobie sprawę, że potok pieniędzy nie tylko się zatrzymał, ale wręcz eksplodował. „Eliasie, proszę… jesteśmy twoimi rodzicami! Daliśmy ci życie! Nie możesz tego zrobić własnej matce!”
„Dałeś mi życie szorowania toalet i zastanawiania się, dlaczego nie jestem wystarczająco dobra, by mnie kochać” – odparłem, a mój głos nabrał przerażającej, rytmicznej stabilności. „Zasłużyłem na własne życie. A przy okazji kupiłem twoje. Teraz stoisz w biurze, do którego nie pasujesz, prosząc o pieniądze, których nigdy nie zobaczysz”.
Chwyciłem pilota i nacisnąłem przycisk. Mahoniowa ściana za moim biurkiem zaczęła się obracać, odsłaniając ogromną, podświetlaną cyfrową mapę posiadłości Vance’a i jej posiadłości. Dziesiątki nieruchomości, od rezydencji w Greenwich po domek letniskowy w Maine,
Były wymienione.
Nad każdym z nich pojawił się duży, czerwony cyfrowy znaczek w kolejności: LIKWIDACJA.
„Widzisz to, Julian?” Wskazałem na mapę. „Godzinę temu zgłosiłem znaki na Vance Developments. Firma jest obecnie w stanie przymusowej likwidacji na podstawie Rozdziału 7. Federalni szeryfowie właśnie zamykają twoje biuro na kłódkę”.
„Ty… ty potworze!” krzyknął Julian, rzucając się na biurko w napadzie bezsilnej wściekłości.
Moja ochrona, dwóch mężczyzn wyglądających jak wykuci w granicie, wyszło z cienia w drzwiach. Julian zamarł w pół kroku. „Czekaj” – sapnął Arthur, wpatrując się w mapę. „Nie tylko przejąłeś firmę. Przejąłeś dom. Przejąłeś dom mojego ojca”. Spojrzałem na niego i uśmiechnąłem się. „Nie, Arthur. Przejąłem dom, w którym miałem dorastać”.
Rozdział 4: Syn za dwa miliony dolarów
Arthur opadł na jeden z moich skórzanych foteli gościnnych, wyglądając na mniejszego i bardziej zwiędłego niż kiedykolwiek go widziałem. „Tytan Przemysłu” był niczym innym jak wydrążoną skorupą. Próbował zebrać się na ostatnią obronę, a jego głos łamał się jak suchy pergamin.
„Jesteś potworem, Eliasie. Zimnokrwistym, bezdusznym potworem. Robić to własnej krwi… to nieludzkie. Zrobiliśmy, co musieliśmy, żeby przetrwać! To były inne czasy!”
„Nieludzki?” Zaśmiałem się, a dźwięk był ostry i zgrzytliwy, jak tłuczone szkło w cichym pokoju. „Porozmawiajmy o nieludzkości, Arthurze. Porozmawiajmy o Funduszu Ubezpieczeniowym Lydii Vance”.