Ciocia Irena.
Lekarz.
Tomasz zadzwonił najpierw do matki.
Odebrała po czwartym sygnale. W tle było słychać maszyny, metalowe blachy, szum piekarni.
— Halo?
— Pani Aneta Kłos?
— Tak.
— Tu starszy sierżant Tomasz Rataj z Komendy Powiatowej Policji w Pile. Jesteśmy w pani domu przy ulicy Jaworowej. Pani córka jest bezpieczna, ale potrzebujemy, żeby natychmiast pani przyjechała.
Po drugiej stronie zapadła cisza.
Potem głos kobiety pękł.
— Co się stało? Hania? Co z Hanią?
— Żyje, jest przy policjantce. Proszę przyjechać. I proszę nie rozłączać się po drodze, jeśli może pani mówić bezpiecznie.
— Damian coś zrobił?
Tomasz nie odpowiedział od razu.
To wystarczyło.
— Boże — wyszeptała Aneta. — Wiedziałam. Wiedziałam, że coś jest nie tak.
Damian zaśmiał się z korytarza.
— Oczywiście. Teraz nagle wiedziała.
Marta wyszła z Hanią do salonu i posadziła ją na kanapie, z dala od niego. Dziewczynka trzymała policyjną kurtkę pod brodą, jakby była tarczą.
— Haniu, czy chcesz napić się wody?
— Mogę?
To pytanie uderzyło Martę bardziej niż płacz.
Dziecko w swoim domu nie powinno pytać, czy może dostać wodę.
— Możesz. Zawsze możesz.
Kiedy Marta podawała jej szklankę, zobaczyła na stole jeszcze jeden telefon. Mały, stary, z klapką. Nie należał do Damiana. Był różowy, z naklejką w kształcie serca.
— To twój telefon?
Hania skinęła głową.
— Mama dała mi go tylko do dzwonienia do niej i do babci. Damian zabrał mi go rano, ale potem zostawił w łazience. Schowałam go pod bluzą.
— I zadzwoniłaś po pomoc.
Dziewczynka spuściła głowę.
— Nie wiedziałam, czy można.
Marta uklękła przed nią.
— Można. Zrobiłaś bardzo odważną rzecz.
Hania przez chwilę patrzyła na swoje bose stopy.
— Czy mama będzie zła, że zadzwoniłam?
— Nie.
— Damian mówił, że policja zabiera dzieci, które robią problemy.
— Policja zabiera dzieci od ludzi, którzy robią im krzywdę.
Te słowa zostały w salonie jak obietnica.
Aneta przyjechała po dwudziestu minutach.
Wpadła do domu w białej piekarniczej bluzie, z mąką we włosach i twarzą tak bladą, jakby biegła całą drogę. Kiedy zobaczyła Hanię, zasłoniła usta dłonią.
— Córeczko.
Hania nie rzuciła się od razu do niej.
To był najgorszy znak.
Najpierw spojrzała na Damiana.
Dopiero kiedy Tomasz wyprowadził go do przedpokoju, dziewczynka zeszła z kanapy i pobiegła do matki.
Aneta padła na kolana i objęła ją tak mocno, jakby chciała własnym ciałem zasłonić ją przed całym domem.
— Przepraszam — powtarzała. — Przepraszam, Haniu, przepraszam.
Dziewczynka wtuliła się w jej szyję.
— Nie chciałam być niegrzeczna.
Aneta rozpłakała się głośno.
— Nie byłaś. Nigdy nie byłaś.
Damian prychnął.
— Pięknie. Teraz wszyscy płaczcie. A kto codziennie słuchał jej wrzasków? Kto sprzątał po niej łóżko? Kto próbował ją wychować, kiedy ty pracowałaś po nocach?
Aneta podniosła głowę.
W jej oczach nie było już tylko strachu.
Było coś twardszego.
— Ty miałeś jej pilnować.
— Pilnowałem.
— Ty ją zamykałeś.
— Dla bezpieczeństwa.
— Ty zabrałeś jej piżamę.
— Bo musi wreszcie przestać robić z siebie niemowlaka.
Marta zrobiła krok do przodu.
— Dość.
Tomasz odczytał Damianowi podstawowe informacje o zatrzymaniu. Zarzuty miały zostać doprecyzowane po przesłuchaniu i po zebraniu materiału, ale już teraz było jasne: znęcanie psychiczne, bezprawne pozbawienie wolności, narażenie dziecka, groźby, możliwe wymuszanie podpisu na matce.
Kiedy zakładali mu kajdanki, Damian patrzył na Anetę z nienawiścią.
— Bez mnie nie dasz rady. Wrócisz do mnie za tydzień.
Aneta wstała powoli, trzymając Hanię za rękę.
— Nie.
— Nie masz pieniędzy.
— Mam pracę.
— Nie masz nikogo.
Wtedy z progu odezwał się starszy kobiecy głos.
— Ma mnie.
W drzwiach stała pani Zofia, sąsiadka z domu obok, w płaszczu narzuconym na piżamę i z telefonem w ręku. Za nią pojawił się pan Wojtek z naprzeciwka.
— I mnie, jak trzeba — dodał. — Słyszeliśmy nie raz, jak pan na to dziecko krzyczał. Tylko człowiek głupi myśli, że ściany w tych domach są grube.
Damian odwrócił głowę.
— Stare plotkary.
Pani Zofia podeszła bliżej.
— Hania przychodziła do mnie po szkole i jadła zupę tak szybko, jakby ktoś jej w domu liczył łyżki. Myślałam, że przesadzam. Już nie myślę.
Marta od razu zapisała jej dane.
Potem pana Wojtka.