A my, dopóki żyjemy, musimy być w teraz.
Nawet jeśli to teraz jest trudniejsze.
Nawet jeśli ma mniej siły, mniej pieniędzy i mniej ludzi przy stole.
Piąte prawo:
nie oddawaj kontroli nad własnym życiem za szybko.
To jest bardzo ważne.
Dopóki możesz sama decydować, decyduj.
Co jesz.
Kiedy wychodzisz.
Kogo wpuszczasz do domu.
Komu dajesz klucze.
Jak wydajesz swoje pieniądze.
Czy idziesz do lekarza.
Czy chcesz święta u siebie, czy nie masz siły i wolisz herbatę w ciszy.
Bo jeśli sama zrezygnujesz z własnych decyzji, inni szybko przyzwyczają się decydować za ciebie.
I nawet dobrzy ludzie mogą wtedy stać się zbyt wygodni w twoim życiu.
Dzieci mogą mówić:
“Mamo, tak będzie łatwiej.”
Lekarz może mówić zbyt szybko.
Urzędnik może potraktować cię jak pesel z laską.
A ty musisz nadal pamiętać:
jestem starsza, nie niewidzialna.
Mam wolniej chodzić, nie znikać.
Ostatnio wnuczka zapytała mnie:
“Babciu, boisz się starości?”
Odpowiedziałam po chwili:
“Boję się zależności. Samej starości już mniej.”
Bo starość nie jest wrogiem.
Wrogiem jest bezruch.
Wrogiem jest czekanie, aż ktoś przyjdzie i za nas ułoży życie.
Wrogiem jest myślenie, że skoro mam siedemdziesiąt lat, to już tylko przeszkadzam.
Nie.
Siedemdziesiąt lat to nie koniec człowieka.
To moment, kiedy trzeba przestać się oszukiwać.
Dzieci kochaj, ale nie wieszaj na nich całej swojej samotności.
Zdrowia pilnuj, bo nikt nie zrobi za ciebie spaceru.
Pieniądze szanuj, bo wolność często zaczyna się od własnego portfela.
Radość rób sobie sama, choćby małą.
Przeszłość wspominaj, ale nie przeprowadzaj się do niej.
I nie czekaj, aż ktoś cię uratuje.
Bo może nikt nie przyjdzie.
A może przyjdzie, ale za późno.
Lepiej więc wstać, nastawić wodę na herbatę, otworzyć okno i powiedzieć sobie:
“Jeszcze jestem. Jeszcze decyduję. Jeszcze mogę przeżyć ten dzień po swojemu.”
I to, proszę was, wcale nie jest mało.

Dziękuję wszystkim, którzy doczytali tę historię do tego miejsca.
Część 2
Po siedemdziesiątce zaczęłam uczyć się starości tak, jak człowiek kiedyś uczył się dorosłości.
Tylko bez nauczyciela.
Bez instrukcji.
Bez zeszytu w kratkę.
Pierwsza lekcja przyszła w przychodni.
Siedziałam w kolejce do lekarza rodzinnego, obok mnie pan z laską, naprzeciwko kobieta w moim wieku, która co chwilę przeglądała wyniki badań i bladła coraz bardziej.
W pewnym momencie powiedziała:
“Ja już chyba jestem cała chora.”
Zapytałam, co się stało.
“Tu gwiazdka, tu strzałka, tu ponad normę, tu poniżej. Ja tego nie rozumiem, ale na pewno coś strasznego.”
Znam to.