„Spokojnie, Julka. Twój tata dramatyzuje.”
Spojrzałem na niego. „Wyjdź.”
„Słucham?”
„To mój dom. Wyjdź.”
Julia zaśmiała się nerwowo.
„Twój dom? Tato, proszę cię. Ten dom jest na mamę, a mama i tak zrobi wszystko, co powiem, bo nie chce konfliktów.”
W korytarzu za mną skrzypnęła podłoga. Anna stała przy schodach, owinięta kocem, blada jak ściana.
„Julia…” powiedziała.
Córka przewróciła oczami.
„Mamo, nie patrz tak. Przecież oddam. Po kampanii. Ta torebka zarobi więcej, niż kosztowała. Marki patrzą na takie rzeczy.”
„To były pieniądze na twoje jedzenie”, powiedziałem.
Julia zacisnęła usta.
„Na jedzenie, leki, rachunki”, dodałem. „Na twoją matkę.”
„Zawsze wszystko jest o mamie!” wybuchnęła. „Jej choroba, jej leki, jej zmęczenie! A ja? Mam siedzieć w tej kuchni i patrzeć, jak życie mi ucieka? Wiesz, ile dziewczyn w moim wieku ma współprace, mieszkania, marki? A ja dalej mieszkam z rodzicami, bo wy ciągle macie jakieś problemy!”
Anna cofnęła się o krok.
W oczach Julii zobaczyłem dziecko, które kiedyś bało się ciemności, i kobietę, która właśnie kopnęła własną matkę w najczulsze miejsce.
„Spakuj torebkę”, powiedziałem.
„Co?”
„I wszystko, co kupiłaś za te pieniądze.”
Kacper założył ręce. „Nie ma pan prawa.”
Popatrzyłem na niego spokojnie.
„Jeszcze nie wiesz, jakie mam prawa.”
Julia podniosła brodę. „Nie będziesz mi groził. Jeśli chcesz robić awanturę, to ja mogę też coś powiedzieć. Na przykład to, że mama od miesięcy nie ogarnia domu. Że ty ciągle wyjeżdżasz. Że wszyscy traktujecie mnie jak darmową opiekunkę.”
Anna wydała cichy dźwięk, jakby zabrakło jej powietrza.
„Darmową opiekunkę?” powtórzyłem. „Ty zostawiłaś ją dziś bez obiadu.”
„Nie przesadzaj! Jest dorosła!”
Zrobiłem krok do tyłu.
Nie dlatego, że zabrakło mi słów. Dlatego, że gdybym został dłużej, powiedziałbym coś, czego nigdy nie da się cofnąć.
Zszedłem na dół. Wziąłem walizkę, którą przed chwilą postawiłem przy drzwiach. Anna stała w kuchni, drżąca, mała w tym szarym kocu.
„Dokąd idziesz?” zapytała.
Podszedłem do niej, ująłem jej dłonie i pocałowałem zimne palce.
„Po prawdę.”
„Marek, nie rób nic głupiego.”
„Właśnie przestałem.”
Wyszedłem z domu bez krzyku.
Za sobą słyszałem głos Julii, która znów próbowała ustawić telefon.
„Przepraszam, kochani, rodzinny dramat. Wiecie, jak jest…”
Zamknąłem drzwi.
Wtedy postanowiłem, że następnego razu wejdę do tego domu nie jako ojciec proszący córkę o sumienie.
Wejdę jako człowiek, który przyniesie konsekwencje.
Gdy wróciłem w garniturze, każde kłamstwo miało już numer sprawy
Nie pojechałem daleko.