Zatrzymałem się trzy ulice dalej, pod domem Ewy Radomskiej, prawniczki, która kiedyś pracowała z Anną w szpitalu i którą moja żona zawsze nazywała „kobietą bez miękkich krawędzi”. Ewa otworzyła drzwi w dżinsach i białej koszuli, z telefonem przy uchu. Kiedy zobaczyła moją twarz, zakończyła rozmowę bez pożegnania.
„Anna?” zapytała.
„Głodna. Upokorzona. I znowu mnie prosiła, żebym nie robił awantury.”
Ewa odsunęła się od drzwi.
„Wejdź.”
Pół godziny później siedziałem przy jej stole, a ona przeglądała wydruki, które woziłem ze sobą od kilku tygodni. To była część historii, o której Julia nie wiedziała. Kacper też nie. Anna wiedziała tylko połowę.
Od miesiąca podejrzewałem, że pieniądze z konta domowego znikają szybciej, niż powinny. Z początku obwiniałem ceny. Potem leczenie. Potem siebie, że za mało zarabiam. Ale pewnej nocy, kiedy Anna zasnęła po lekach, usiadłem do bankowości i zobaczyłem przelewy na małe kwoty. Dwieście, trzysta, siedemset złotych. Opisy: „apteka”, „zakupy”, „terapia”. Kliknąłem szczegóły.
Nie apteka.
Nie zakupy.
Nie terapia.
Platformy płatnicze, sklepy internetowe, przedpłaty do firm kurierskich. Karta podpięta do konta należała do Anny, ale logowania były z telefonu Julii. Potem znalazłem pożyczkę chwilówkową zaciągniętą na dane mojej żony. Potem drugą. Potem próbę wnioskowania o limit kredytowy.
Chciałem wtedy zrobić awanturę.
Anna mnie zatrzymała.
„To nasza córka”, powiedziała przez łzy. „Może się pogubiła. Porozmawiamy z nią.”
Rozmawialiśmy.
Julia płakała, przepraszała, obiecywała. Mówiła, że Kacper namówił ją na „budowanie marki”, że wszystko odda, że to ostatni raz. Anna przytuliła ją natychmiast. Ja nie. Ale zgodziłem się dać jej miesiąc. Jedno konto na jedzenie, jedna karta, limit, żadnych pożyczek.
Pieniądze, które zostawiłem przed wyjazdem, były testem.
I ostatnią szansą.
Ewa przeczytała wszystko, po czym odłożyła okulary.
„Marek, to już nie jest rodzinny konflikt.”
„Wiem.”
„To jest kradzież, wyłudzenie i możliwe fałszowanie danych medycznych, jeśli użyli jej choroby do wniosku.”
Zacisnąłem dłonie.
„Jest coś jeszcze.”
Wyjąłem telefon i puściłem nagranie, które zrobiłem przypadkiem dwa tygodnie wcześniej. Telefon leżał na kuchennym blacie, gdy poszedłem do piwnicy po wodę. Julia i Kacper myśleli, że Anna śpi w salonie.
Głos Kacpra był wyraźny:
„Twoja matka i tak nie będzie długo pilnować konta. A ojciec jest prosty. Wystarczy płakać.”
Potem Julia, ciszej:
„Nie mów tak.”
„No co? Jest chora. Wszyscy są delikatni, bo chora. Wykorzystaj to.”
Długo milczała.
Potem powiedziała:
„Potrzebuję jeszcze tylko tej torebki. Jak ją pokażę, dostanę współpracę.”
Ewa nie poruszyła się przez kilka sekund.
„Anna to słyszała?”
„Nie.”
„Dobrze.”
„Dobrze?”
„Bo gdyby usłyszała to bez przygotowania, mogłoby ją to złamać. A teraz trzeba zrobić coś innego. Trzeba ją ochronić.”
O szóstej rano Ewa zadzwoniła do swojego znajomego z wydziału do spraw przestępstw gospodarczych. O ósmej byłem w banku, zamykałem dostęp do konta, składałem zawiadomienie o nieautoryzowanych transakcjach i blokowałem kartę Anny. O dziewiątej podpisywałem pełnomocnictwo, które moja żona wystawiła dla mnie miesiąc wcześniej „na wszelki wypadek”, kiedy po operacji bała się, że nie da rady jeździć po urzędach. O dziesiątej Ewa złożyła formalne zawiadomienie.
O jedenastej zadzwoniłem do Anny.
„Zjadłaś?”
„Ewa przysłała zakupy. I zupę.”
„Dobrze.”
„Marek… Julia płacze.”
Zamknąłem oczy.
„A ty?”
Cisza.