Miałam dziewiętnaście lat, kiedy ojciec powiedział mi, że moja ciotka wprowadza się do naszego domu.
Moja matka, Sarah, nie żyła dokładnie od jedenastu miesięcy, a żałoba na zawsze zmieniła układ każdego pokoju, w którym mieszkaliśmy. Jej bladożółty kardigan wciąż wisiał za kołnierz na haczyku za drzwiami spiżarni, ponieważ ani ojciec, ani ja nie mieliśmy dość odwagi, żeby go ruszyć. Jej obtłuczony ceramiczny kubek – ten z wyblakłymi rudzikami – wciąż stał na samym dnie górnej szafki kuchennej, pokrywając się cienką warstwą kurzu. Jeśli otworzyłam szafę w przedpokoju i stałam tam wystarczająco długo w ciemności, zamykając oczy i wciągając powietrze, wciąż mogłam wyczuć nikły, uporczywy powiew delikatnego jaśminowego zapachu, którego używała w niedzielne poranki.
Dom stał się muzeum przerwanych nawyków. Spędziłam większą część roku, ucząc się, jak ostrożnie się w nim poruszać, stąpając delikatnie po drewnianych podłogach, jakby jeden nagły ruch lub jeden niewłaściwy oddech mógł zakłócić tę cząstkę jej istoty, która pozostała uwięziona w płycie gipsowo-kartonowej.