Rzeka migotała.
Nie jak światło słoneczne. Nie jak zwykłe odbicie.
Nie… to było żywe światło. Delikatne, a jednak niemożliwe do zignorowania.
Strażnicy cofnęli się.
Nawet najodważniejsi wyczuli coś dziwnego… niemal świętego.
Król jednak się nie poruszył.
Wpatrywał się w wodę.
Jakby czekał na ten moment całe życie.
Wtedy…
Powierzchnia się rozstąpiła.
Powoli.
I pojawiła się postać.
Najpierw dłoń.
Potem twarz.
Młody mężczyzna.
Jego skóra… czysto biała. Niemal nierealna. Jakby rozświetlona od wewnątrz.
Jego oczy były spokojne. Zbyt spokojne jak na kogoś, kto staje twarzą w twarz z całą armią.
Postępował bez strachu.
Woda cofnęła się pod jego stopami.
Zapadła całkowita cisza.
„Stój”.
Jego głos nie był głośny.
Ale przeszył wszystkich.
Nawet król się zawahał.
„Ta wojna nie może się odbyć”.